schludny blog

Twój nowy blog

alias

Brak komentarzy

W Digital Camera Polska wywiad, który przeprowadziłam z Adamem Broombergiem i Oliverem Chanarinem , którzy nie tylko pojawiają się wszędzie tam, gdzie coś boli, ale też opracowali prawdopodobnie najciekawszą dzisiaj formułę opowiadania o konflikcie (jak mówić o przemocy bez fetyszu przemocy?). Stoją też za programem tegorocznego Miesiąca Fotografii w Krakowie , gdzie zalecili artystom wcielić się w innych artystów, dla odmiany zupełnie fikcyjnych. Maj będzie Duchampowski (na okoliczność wystaw domaluję sobie chyba wąsy). Inne, dobre rzeczy w drodze.

Tymczasem zenarchiczny cytat sezonu, znaleziony u Kerry’ego Thornleya:

„Maybe
some night when you’re talking, she’ll tell you that the squaw boat,
made from hide stretched over a light wooden frame, is the safest way to
go – because in a storm that’ll sink the mighty battleship, the little
saucer-like vessel just rocks up over the biggest waves and down again
on the other side”

Zawsze się cieszę, kiedy udaje mi się nie przegapić premiery ważnej płyty, ostatnio bardzo się ekscytuję, bo już za moment wychodzi nowy album Marianne Faithfull, z okładką, w którą do tej pory nie jestem w stanie uwierzyć – niebywała! – i z bardzo wdzięczną, choć  zrezygnowaną piosenką pilotażową. Mam nieuleczalną skłonność do zapalania się do coraz to nowych idoli, a ostatnimi czasy jest nam bardzo po drodze z Marianne. Wśród rzeczy, które mam teraz w odtwarzaczu, jest też ta nieludzka partia syntezatora w Lucy Jordan, piosence, którą należy słuchać do pary z Frankie Teardrop, jako depresyjny rewers dla psychozy; najokropniejsze w niej jest wcale nie to, że znam taką Lucy Jordan i choć wierzcie, że to los nie do pozazdroszczenia, to jeszcze gorzej jest pomyśleć, że nawet jeśli zdarzyło ci się jechać samochodem sportowym przez Paryż i mieć we włosach wiatr, to co z tego, i tak możesz mieć kiedyś tak samo, albo gorzej. Nakręcił Derek Jarman – bójsieboga.

A tu chłopaki przebierają się za Marianne, z dobrym efektem, pan model wygląda trochę jak nieprawdziwy, jak winylowa figurka kolekcjonerska, bardziej eteryczny, uczesany i staranniej skomponowany niż ziejący dekadencją oryginał. Rokendrol uprawiany przez redaktorów tej strony jest o wiele grzeczniejszy, ale też gdy wszystko robi się na niby, przynajmniej nikomu nie dzieje się krzywda.

Jestem typem człowieka, który przez pół roku zbiera naklejki z pieskami w programie lojalnościowym sieci Żabka tylko po to, żeby w końcu nie odebrać pieska, rezygnowanie, rozmyślanie się, dawanie nogi to coś, w czym jestem naprawdę niezła, szczególnie wtedy, gdy uprzednio włożę w jakieś przedsięwzięcie niemało wysiłku, starań i funduszy. „The destructive character knows only one watchword: make room. And only one activity: clearing away” (Walter Benjamin).
W ostatnich miesiącach zmodyfikowałam wyjątkowo wiele scenariuszy. Zawodowych, z czego jestem bardzo zadowolona, ten i ów postukałby się w czoło, a ja na to – a figę. Mieszkaniowych, tu trochę szkoda, bo geniusz strategii, wytrawny generał, który zupełnie nieoczekiwanie objawił się pod postacią mojej osoby, spisał się znakomicie; wysiłki nie zmarnowały się, a wręcz przeciwnie, po drodze napotkało mnie sporo wartości dodanej i pakiety gratisowej dobrej karmy. Jednak teraz będzie inny termin i powód też inny. Inne dziewczęta i inne planety. Myślałam nawet dzisiaj o niedużym bagażu z ważnymi i przydatnymi rzeczami. Najważniejsze rzeczy mam, koniec końców, w komputerze. Tylko pudełko na soczewki trzeba wziąć.

Hej. To był strasznie ciekawy rok, pełen perypetii: mieszkałam w Berlinie, zostałam wziętym przedsiębiorcą, wykonałam liczne zlecenia dla rozmaitych chlebodawców, pośród nich również bardzo egzotyczne. Przeczytałam metry książek, zasiadłam za perkusją, zagrałam na Wrocław Industrial Festival. Widziałam na żywo Grindermana i Neubauten, tych ostatnich trzykrotnie. Organizowałam całą polską wyprawę Solimana Lawrence’a, w tym fotografowanie w odlewni i zakładzie karnym. Byłam na zajęciach z twórczego pisania i na Frieze Art Fair. Zrobiłam przynajmniej jeden dobry uczynek. Przeprowadziłam wywiady z Andrzejem Urbanowiczem, Lisą Alisą i Blixą Bargeldem. W okolicach ostatniego Nowego Roku nagrywałam dziwne kompozycje na syntezator, theremin itp.
Nadal nie napisałam żadnej książki, choć oczywiście miałam już kilka szkieletów, po czym uświadamiałam sobie, że przecież nie kumam fabuł i że osoba, która zawsze zasypia w kinie, nie może pisać powieści i musi napisać książkę niefabularną. W swoim czasie, tymczasem robię to, co od dwunastego roku życia (nie ma żartów, chciałam dostać pióro Parker, ale okazało się, że ów magazyn już nie daje prezentów, nie mniej poszłam do druku), piszę teksty o nieco mniejszej objętości i takie tam sprawy.

release the bats

4 komentarzy

potwornie boli mnie wewnątrz prawego oka, które zostało przyozdobione śrubami, gwoźdźmi i papierem ściernym, po czym włożone do oczodołu, z czego wynika, że nie ma mowy o skupieniu, zrobieniu czegokolwiek należycie, bo na to nakłada się gorączka, węzły chłonne wielkości piłeczek kauczukowych i podobnej twardości, powoli zaczynam żegać się ze światem – dziś jest na to dobry dzień. to, co znajduje się w oku, trafia w jakiś czuły punkt tyłoczaszki. nie mogę odłożyć rzeczy do czytania, bo jeśli to zrobię, pojawi mi się w głowie gnijąca plama, rozlewająca się właśnie z tego miejsca tyłoczaszki, więc muszę zajmować sobie głowę gęsto zadrukowaną treścią, żeby nie pojawiły się zmory. a nadmieniam, że jestem sama w domu, więc cisza na przykład jest pierdyliard, ale to pierdyliard razy straszniejsza, koty jeśli nie śpią, szurają czymś, a to mnie niepokoi, zatem robię co, otóż tulę się do odkurzacza i marzę o autoharfie (cytrze?). oto dręczą mnie majaki człowieka przebywającego w zamknięciu i nękanego chorobą. nie przychodzi mi do głowy żaden film nadający się do obejrzenia. będę zatem słuchać muzyki, której jeszcze nie znam, na przykład the wreckery, czyli zespół hugo race’a (och, czemu nie słyszałam go na żywo) i inne garażowe zespoły z australii, które kojarzy zapewne tylko tomasz zrąbkowski (respekt), wiem to z ś.p. zine’a. czekam na rady, jak wyciągnąć sobie z czaszki te piekielne hufnale. zdam relację z odsłuchu the wreckery i czy warto.

ponieważ obudził mnie telefon od mamy o tajemniczym wirusie z ukrainy, a ja jestem bardzo chora i bardzo słaba, już nie mogę spać i nie będę. prawdopodobnie to najwątlejszy okres w moim życiu i większość dni spędzam chora na coś, może pora do ciechocinka – martynia wysyła „magazyn kuracjusza”, czuję pokrewieństwo duchowe. w dość martwych godzinach porannych wykonałam test sueddeutsche zeitung na bycie kandydatem na niemca i wyszedł mi bardzo pomyślnie, sama się zaskoczyłam, że znam wiele podstawowych faktów, oraz szukając plakatu do „faraway, so close” uświadomiłam sobie, że jeszcze tkwię w epoce kaset magnetofonowych i co gorsza być może nigdy to nie minie. w związku z tym z przynajmniej dziesięcioletnim opóźnieniem zostałam wielbicielką nicka cave’a via oczywiście blixa bargeld.
(muszę pisać tu regularnie, zaczęło się dla mnie jakiś czas temu pisanie na zadany temat jako sposób na życie, a tu mogę sobie poćwiczyć i pisać różne fontazie! ale jazda czad i odlot – używam słów z lat 90.)
noth właśnie pyta przez sen, czy zamierzam cały dzień tak siedzieć, zrobiło mi się zimno, to było zdanie groźnej guwernantki, ale po pierwsze jestem chora więc muszę cały dzień tak siedzieć, a po drugie, na swaroga, ty przecież drzemiesz i grzejesz nogi poldkiem, a po trzecie, jestem chora a jednak pracuję mimo drgawek i kurary przesączającej się przez moje tkanki. nie będę nadrabiać wielotygodniowych braków, ale zapraszam na tygodnikfotograficzny.pl, gdzie też coś stękam, oraz obejrzyjcie wszyscy film „ghosts of the civil dead”, raczej ponury i mocno okropny, ale takie na ogół są dobre filmy – cały jest na jutubu.

Dziś miła pani z Rosji przekonywała mnie, że fajans z nadrukiem to ręcznie malowana porcelana, co mnie trochę ubawiło – w duchu pomyślałam: a w dóppie!, ale utargowałam, nabyłam. Pani na innym stoisku żaliła się, że sprzedaje same gówna po 15 złotych, bluzgi ciekły jej po brodzie, pierścienie jak u gangsta biskupa, mogłam nagrać, ale niestety. Tak właśnie wyglądało moje wyjście do miasta, do ludzi po tygodniu ciepłych betów; nadal nie jestem bardzo zdrowa, kicham na głos, w taniej odzieży starszy pan mówi na zdrowie, potem chce się umówić na jakieś pogaduszki (pierwsza myśl: biedny, smutny jak Eleanor Rigby, druga myśl: zagapię się i zwinie mi torebkę). Odmawiam, mówię: mam obowiązki zawodowe i rodzinne – co jest zgodne z prawdą, bo po pierwsze copywriter nie zwykł spać, tylko wszędzie węszyć coś ciekawego, a po drugie, mamy nowego członka rodziny, naburmuszoną gremlinkę o imieniu Zelda. Ta szara kulka puchu sprawia wrażenie kota sklejonego z sierści pozostawionej przez Polda, przy czym ma ciekawą, brytyjskawą mordkę i nie umie miauczeć. życie z dwojgiem kotów nie zmienia się bardzo w stosunku do życia z kotem, trzeba kupować dwa razy więcej karmy, sprzątać o jedną kuwetkę więcej i tulić na zmianę tak, żeby żaden się nie obraził, szlus.

Korzystając z okazji zapraszam na próżny serwis z przyodziewkiem: http://kittenmittens.tumblr.com

dr miau

1 komentarz

jest mi bardzo gorąco i chcę nad rzekę – „nice dreams, starlit skies” głosi strona promocyjna festiwalu menuo juodaragis, ktory w całosci dzieje się na wyspie, można sie tam zapewne też potarzać w mchu, patrzeć w gwiazdki, ale nie ma prysznica i trzeba skonstruować sobie naprędce wlasny.
powinnam się cieszyć, a w głowie mam smutne diagnozy, śnią mi się własne wypadki. pozbyłam się niby dotkliwego ciężaru, który dokuczał mi przez wiele miesięcy, ale nie czuję się przez to wcale lżej, oto właśnie zgubiłam jakiś ważny wentyl i teraz nie mogę nic, a chcialabym przynajmniej zrobić gruntowne porządki. tymczasem poświęcam się pożytecznej pracy i wykonuje zadania sumiennie, ale co poza tym: tachykardia, mdlenie, niechęć do wszelkich zajęć dodatkowych, paraliż kończyn itp. nigdy nie narzekałam specjalnie, to zwyczaj brzydki i staram się tego nadal nie robić, dlatego ukladam na zapas masterplany, co by tu uczynić po rekonwalescencji.
nie wiem też, czy pisałam, ale od dawna nie podoba mi się żadna nowa muzyka, a zwłaszcza taka, jakiej słuchalam przez dużą część schludnego, więc teraz pora ograniczyć się do szumu, ciszy i plumkań; to ostatnie – yuko ikoma gra erika satie. ja umiem zagrac już troszkę partii akompaniamentu z gymnopedies 1, gdy gramy wraz z fean.
a dr miau? nie chce mnie wypuszczać z domu, wyjście do pracy to powód licznych trosk i wyrzut sumienia – zostawiasz kota samego, a ja się pytam: gdzie byli rodzice?

rozmyślam nad tym, jak to niektórzy płoną na książki i filmy jedynie dlatego, że właśnie się ukazały – tak czy owak są do przodu, ponieważ ja wybrzydzam. filmy są dla mnie za długie i trudno mi wysiedzieć 100 minut śledząc fabułę i unikając rozproszeń. jeśli chodzi o książki, pożądam dobrego dokumentu i sprawiam sobie właśnie mały gratis, coś z dziedziny dwudziestolecie międzywojenne niebawem przyjdzie mi pocztą.
tymczasem trochę choruję i nawet pan doktór mówi, że wygladam jak gruźlik, znaczy stylowo, ale jednak nie najlepiej. w związku z tym wlepiam mordkę w komputer i próbuję pisać coś, ponieważ spadła na mnie miła odpowiedzialność a mianowicie http://tygiel.cba.pl, gdzie powinnam napisać parę słów, ale jak coś się ukazuje drukiem, to trzeba być za to odpowiedzialnym i dlatego nie mogę popełnić jakiejś tam kichy.

to nie do wiary, ale wysłałam strasznie dużo dziadostwa w pdfie, w mojej pracy mgr jest mordka mojego kota poldurinki, ja go nie zapraszałam, wszystko co mam z piotrusiem królikiem oraz batonik danusia, mam nadzieję, że to wszystko uczyni mnie magistrem nareszcie. ta cała smutna sytuacja sprawiła, że nie wymykałam się do muzyki ani książek, choć udało mi się zobaczyć parę osobliwych występów, poznać taką grupę jak ianva („to brzmi jak coś, co nadają w niedzielę na tvp2″), albo słuchać jeszcze więcej erika satie, a teraz np patricka wolfa, który nigdy mnie tak nie ekscytował, bo jestem na to za stara, ale czasem brzmi jak peter murphy, a czasem pomaga mu alec empire, co jest oczywiście lepsze. niestety, swój album patrick zatytułował niefortunnie, „the bachelor”, to niewinne słowo, ale mnie, i nie tylko mnie, ale również np. kici kojarzy się ze względu na brzmenie ze zwierzęciem kopytnym, które ryczy.

schludny tak mnie wzrusza, że muszę uruchomić się na nim ponownie – tyle w końcu włożyłam weń serca. próbowałam i na utracjuszu przez cały rok, lecz nie jestem tak przywiązana do nowej formuły, schludny chyba bardziej przekonujący – marka solidna jak jacek cygan i michał grymuza. wiele się dzieje w moim życiu młodego emeryta, choć nie na tyle, żeby obserwować na codzień wesołe miejskie opowieści, mieszkam za daleko, choć się zdarza – być na prezentacji i dj secie williama bennetta np.co złożyło się ze spotkaniem herr garmique, który to zaistniał tekstowo w początkach schludnego, a więc w 2004. spotkaniu towarzyszyła brutalna, bezlitosna gra w chińczyka.
nadto jutro jadę do łodzi – jest to miasto kojarzące mi się z koncertem coila, który miałam szczęście widzieć w wieku lat nastu – oraz ze szpitalem, który miło widzi pacjentów przynoszących własne łóżka, a w którym miałam przyjemność znosić trochę cierpień, oraz z konferencją  medyczną wśród śniegu; jutro zobaczymy tam z herr notkiem występ alexandra hacke i danielle de picciotto. auf deutsch spróbujemy przekonać herr hacke do występu na naszym ślubie, w końcu nociakełe wielekroć angażował się w świat grania na złomie, a ja może trochę mniej aktywnie, lecz jednak. to pewna fantazja, bowiem ślub nastąpi za sto lat, ale miłe wyobrażenia. póki co may sofę, kota kretyna, niewidzialną perkusję; jest dobrze tak właśnie, podoba mi się.
nawiasem. mam pracę, która cieszy mnie po uszy i prace magisterską, która jest moim wrogiem. doktór naurolog (karl lagerfeld) mówi: pani jest perfekcjonistką, jak sądzę. ale chciałbym przeczytać pani książkę. do licha, to nie będzie książka moja, lecz %$^*&*()&% (fn wiesz)


  • RSS