schludny blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2004

disco 2000

9 komentarzy

widziałam nazwę bloga: zakręcona internomanka – nie ma notek niestety i nie wiem, czy miałam do czynienia z prawdziwą fanką interny. spożyty ananas kandyzowany przypominał raczej coś zupełnie innego coś jakby naiwne futurystyczne prognozy z lat 50, Jetsonowie, w roku 2000 będziemy spędzać wakacje na Księżycu – prawdziwy cyberposiłek.
welcome to opendisc.

żeby dowiedzieć się, jak bardzo skończyły się lata 90, trzeba pojechać do Tychów, wszystko co było tam godnego uwagi, zniknęło, za to miasto zyskało sznyt postnuklearny. tyszanie nienawidzą, gdy ktoś gubi się w ich wirtuozerskim urbanistycznie mieście(ulice pogrupowane w osiedla literkami!!) i dają to wyraźnie do zrozumienia. to było poważne zagubienie i wykonałam przy okazji badania terenowe na przekrojowej grupie kilku osób. niezależnie od wieku i płci wszyscy gardzą gubiącymi się w Tychach. gdybym przyrzekła, że więcej się tam nie zjawię, to mogłabym sobie gratulować słowności, bo nie ma już tam żadnego z rewelacyjnych sklepów muzycznych ani mianowanego brata, gdyż przywdział habit. lata 90 skończyły się bardziej niż myślisz – teraz już jest tylko unia europejska, shitscheissemerde.
spodnie za duże(brawo, sylwetka poprawia się z wiekiem, pogratulować) ale mam fluoro zielony lakier do paznokci i ultrafioletową koszulkę! do tego włosy samoistnie ułożyły mi się tak, że nie przypominam już jedynie Carlosa D, ale także Karen O.
ts. the faint, death from above 1979, neils children, i the syntetic – to jest gość – wiesław miernik ma poważnego konkurenta, nie powiem.
jeszcze rozrywki – vice proponuje nam pożyteczne hatelisty, bawiąc uczy.

oto relaks: przeżywam liczne przygody w świecie muzyki, p2p i testów quizilla („troubled, lonely, missing, you’re Richey James”), podziwiam barwne i szpanerskie prezenty które otrzymałam w tym dwa skutery(jeden wielkości 2cm, drugi 10cm), odżywiam się skromnie, śpię ascetycznie jak św. Róża z Limy(vide: Emile Cioran „Święci i łzy”)do tego na slsk zaczepiają mnie egzystencjaliści przekonujący, że śmierć kliniczna to klawe przeżycie, polecają, i ściągają Gang of Four(snoby). być może powinnam zastanowić się na planami na nowy rok np. ważyć poniżej 45 kilogramów albo skończyć z bolesnym autokrytycyzmem ale nie wiem, czy mam dość entuzjazmu na postanowienia.
a to jest ładne i ma malownicze okładki:

wap176.jpg

znalazłam w szafie spodnie całkiem schludne w kolorze zieleń fluoro ale nie wiem, czy wolno mi je nosić.

niedługo będę jak chłopiec z plastikowej bańki, przebywać w warunkach sterylnych, jestem bliska archetypowi pięknej(ha,ha), smutnej, wątłej suchotnicy – mam potworną alergię na kocią i psią sierść z która chcąc nie chcąc muszę teraz obcować. nie mogę więc patrzeć prawidłowo, oddychać ani mówić. jeszcze mam słaby wzrok. i nie ćwiczę na wuefie.
w ramach sezonowego snobizmu poszłam do pani kosmetyczki, w tle Brian Eno, a ona na zakończenie zabiegów (przypominam że wciąż jestem młoda i mam prawo mieć czasem kłopotliwą cerę) wywinęła mi psikusa i pomalowała na Ziggy Stardusta. ha, ha.
wczoraj też „Niewinni czarodzieje” Łomnicki zasuwa Lambrettą po stolicy, kopalnia bon motów – jestem taki samotny, ty też jesteś samotna, bo każdy człowiek jest samotny – ja jestem ambitna; urokliwe postacie, malownicze urzeczywistnienie utworu pt. Filipince nudno – nudzili się oboje/aż wpadli w melancholię.tu i tu można sprawdzić, czy faktycznie mam w oczach okładki Stone Roses, czy to jakaś bujda na resorach. z dedykacją dla x1001 – wakacje w Bytomiu.
a z okazji świąt jeszcze życzę wszystkim, żeby przetrwali je bez większego uszczerbku psychofizycznego.
katchka.jpg

no niedługo będę musiała przemianować mojego bloga na „the good old days blog” albo „90s blog” może dość, to gorszy przypadek niż „Hifidelity”, hahah. dziś odpoczywam bo myślałam, że nie chce mi się spać a okazało się, że chce i że po 30 godzinach bez snu obraz mi spływa i się paćka przed oczami (nie może bo tylko Jackson Pollock dobrze paćkał, gdyż był pierwszy*), wczoraj kzk gop, mzk tychy, obrzydliwy śnieg, koleżanka z liceum wypożyczała ładne, pogodne książki w bibliotece, a ja chyba trochę mniej**, ale dobrze się czuję w tym bruku i betonie. jestem u rodziców i mam telewizję i komputer, mandarynki, dizajnerski ser i szpanerskie ciastka i dłubałam coś przy piecu w kotłowni, namawiam siostrę żeby malowała bardziej wyraziście – daje sobie radę i jeszcze kot jest koszmarny, specjalnie się do mnei przytula, bo wie, że od niego kicham.

*to nie ja powiedziałam tylko garmique we Wrocławiu
**R. Vaneigem – Rewolucja życia codziennego, L. Tyrmand – Życie towarzyskie i uczuciowe, M. Amis – Pola Londynu

!!!

11 komentarzy

no i co z tym zrobić, szkoda sobie odmówić, ale to byłby drastyczny akt transgresji: Chesney Hawkes, Snow i NKOTB na ścianie. Genesis P-Orridge np. nie odważyłby się.
słucham wyłacznie Stone Roses.

!!! apendyks – dzisiaj sprawy zyskały nieoczekiwany rozwój, ja zawsze wiem, gdzie zaglądać, sprzedawca w sklepie muzycznym, do którego nigdy nie chodziłam zdradził mi, że z zagranicy przyjeżdżają po taśmy magnetofonowe, bo zapomnieli, jak wyglądają no i masz, będzie niebawem moda na lata 90 tylko zapewne w ich najgorszej sparszywiałej wersji. rzecz w tym że upaprałam sobie ręce kurzem nad stosem plakatów z pism dla młodzieży z lat 80, niektóre były naprawdę bezwstydne np. kto mógłby sobie zawiesić na ścianie zespół Bay City Rollers albo Bucks Fizz, albo tę połowę Wham, która nie jest Georgem Michaelem, poza tym silna reprezentacja Duran Duran, jakiegoś Bros, Madonny i Hasselhoffa, takie najprawdziwsze plakaty spod lady. ja tymczasem zdecydowałam się na polski magazyn GlobeMusic z 1992, tam jest artykuł (z dedykacją dla car.): ZA BLUREM PANNY SZNUREM

„Uśmiech numeru” zawsze napominał, że nikt nie lubi smutasów, swoją drogą to było najbardziej ekstremalne pod względem recenzenckim pismo, jedna dziewczyna wysłała im wiersz o miłości, który nawet pamiętam i mogę zacytować, a oni napisali jej: pisanie wierszy lepiej daruj sobie(!!!) cieszy mnie jedzenie Marsów, przypomniałam sobie że istnieją i te wszystkie teksty o drobnych przyjemnościach, celebracjach duperelach to grubymi nićmi szyte oszustwo, ale Mars potrafi naprawdę ucieszyć.
czy Kula Shaker mógłby być ulubionym zespołem Bronisława Malinowskiego? mój ranking 2004, album roku:
1. Razorlight, Up all night
2. Hawthorn, The murky brine (dodatkowe punkty za popisy Howdena na żywo; to jest koncert roku oczywiście ale tego zestawienia nie będzie, bo na koncertach głównie mnie nie było)
3. The Divine Comedy, Absent friends
4. Interpol, Antics (wbrew powszechnej opinii – jasne, że się mylą – to bardzo przyzwoita płyta)
5. Libertines, Libertines (jednak)
debiut roku:
1. The Ordinary Boys
2. Razorlight
3. Kasabian
4. Franz Ferdinand
5. The Killers
przeboje tego roku były głównie u mnie przeterminowane, na przykład ostatnio „The only one i know” Charlatans (byłam za mała, żeby załapać się na madchester rave, ale pamiętam, że w czasach, gdy muzykę traktowano poważnie, pisał o nich nawet Popcorn)
poza tym jeśli nadal działa Manufaktura Patafizyczna, która ozdobiła okolice Jubilata (dawno temu, to stary spray) to znaczy, że w Krakowie nie jest jeszcze aż tak haniebnie nawet, jeśli bardzo często się do tego zbliża.

pytałam pana od socjologii, czy wie, skąd się bierze pomysły na życie i nie wiedział, ale wzruszył się, bo przypomniałam mu jego młodość tym pytaniem chyba tylko nie rozumiem, dlaczego nikt nie wziął mnie na poważnie, to ponowoczesność jako źródło cierpień, hm? wywołałam małą wojnę w mojej torbie przemyślnie zabierając dwie taśmy magnetofonowe(it’s ’95 again), Parklife i Definitely maybe (it’s ’95 again!!! dopiero teraz mam flashback, że wtedy też miałam takie krzywe włosy, krzywe ambicje i bardzo byłam podobna do siebie, dopiero w 2000 pozwoliłam sobie na chwilową przerwę na zły gust*), słucham ich na zmianę teraz w mpk, piękne to. próbowałam też jeść marchewkę ostatnio, ale jedzenie marchewki zimą to jest tak jakby ją wykopać ze zmrożonej ziemi i jeść bez umycia, nie ma mowy o marchewce aż do wiosny, nie będę żywić się glebą.
ach i znów to zrobiłam – znów kupiłam NME, drugi tydzień z rzędu(tmg, czy to jest bład w narracji?) tym razem ponieważ była płyta, która mi przypadła do gustu, zwłaszcza Art Brut i Kaiser Chiefs, a nawet ‚Shambles.
aha w końcu ktoś to docenia – brawo

a w filmie Berlin – symfonia wielkiego miasta najbardziej podoba mi się produkcja żarówek, absolutnie fascynująca!

ponieważ kupiłam sobie trzy kasety pod halą: o to dokładnie chodzi, o bycie całe życie smutną dziewczyną z przedmieścia, dawniej też mi tego brakowało, bo rodzice woleli siedzieć u dziadków w leśniczówce, a to wcale nie jest takie fajne, rustykalny tryb życia, króliki, wiśnie i ogródek nie mają startu do bloków, a przecież to było takie fajne mieszkanie, gdzie się wjeżdżało windą i był prawdziwy dobry sprzęt audio, książki i płyty i wszystko, żadnych ponurych strychów i kurników, i starych mebli. to nie było daleko ale co z tego, wystarczająco daleko, żeby tęsknić za napisami Ruch psy GKS pany, kioskiem z warzywami i sklepem muzycznym u pana Marka już nieistniejącym, gdzie specjalnie dla mnie przywozili wszystkiie kasety licencyjne Takt i MG, jakie sobie zażyczyłam, niektóre chyba produkowali specjalnie dla mnie, bo nie widziałam ich nigdzie indziej. w przedmieściach nie ma nic malowniczego, a ja jestem na nie skazana, tak naprawdę to brakowało mi i do tej pory brakuje trzepaka i burego betonu z azbestem i przez to wszystko zostało mi zamiłowanie do nowej fali i wyglądania przez okno z trzeciego piętra o świcie, zwłaszcza gdy jest zimno. w leśniczówce były wszystkie te rzeczy, które lubią dzieci, piaskownice i narzędzia ogrodnicze, i koń, ale to się błyskawicznie nudzi i dlatego w wieku lat sześciu przeczytałam wszystko, co dziadkowie mieli w biblioteczce, encyklopedię PWN, „Kroniki włoskie”, gdzie jest o paleniu na stosie i harataniu gwoździem oka, tylko o leśnictwie nie czytałam, ale to zawsze tak wychodzi, ja nie jestem smutną dziewczyną z miasta, tylko z przedmieścia, a tam jest zawsze gorzej. w bloku nawet moja mama chciała słuchać muzyki, po prezeprowadzce już jej się nie chce. a pięć przystanków dalej jest Tesco i takie najprawdziwsze osiedle, może już nie chciałabym tam mieszkać jednak, ale jak miałam pięć lat, to na pewno.


  • RSS