schludny blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2005

zdradzam pewne objawy wyczerpania formuły i obawiam się, że pora na czas relaksu. a potem powrót, a może z nowym projektem, przebywanie jednocześnie w 1964, 1979, 1990, 1997 i 2005 wymaga dużej sprawności i może odrobinę zmęczyć. w każdym razie nie mogę się stać jak głupie pismo xl, które zwinęło kiedyś papierową edycję z komentarzem, że przenoszą się do internetu, bo tylko tam jest przyszłość prasy, no i mają za swoje: nie ma ich wcale.
[ts. ocean colour scene, pamiętacie? + the farm - groovy train]

coś mnie uwiera, gniecie w samą głowę, prosto w mózg. oto komputer, któremu niczego nie brak i dzielnie pracuje slsk. dj shadow, autechre, buffalo daughter, jsbx aktualnie. oto jest kuchenka, która zawiera piekarnik, która jest porządna i możesz(mogę!) zamieszać na niej szpinak w sposób zdrowy. potem ułożyć go na talerzu, schludnie. oto jest pralka, której na przykład nie ma w moim mieszkaniu, a kuchenka, komputer są nieporządne, mop kiedyś zamarzł i nie wiem kompletnie dlaczego właśnie wcale nie chce mi się tu siedzieć, to dlatego, że jestem zwolniona z walki o przetrwanie? gdy wrócę do siebie, będę gotować szpinak, to dziś urosło do rangi gestu symbolicznego: oto mieszanie szpinaku staje się zapowiedzią szerszych miłych wrażeń. niebawem zacznę rozmawiać ze sprzętem domowym. kocham oswojoną technologię. próbuję poczuć się dobrze, nie rób scen, pomimo pewnej psychicznej niewygody, ta niewygoda nie ma powodu i jest głupia. bardzo chciałabym przestać się zauważać w witrynach i szybach i przestać mówić do siebie per głupia krowo, co? moje problemy to płytkie problemy.
to było na jakimś asianmedia, z komentarzem, że to pokemon-style shaun ryder. to dla słuchaczy:

banzai4.jpg

*photek vs. ludmiła jakubczak
[notka nieważna i nieaktualna. nawiasem mówiąc groziłam tym od 1995, a w końcu się dokonało i mam własny pokój, w obrębie domu rodziców ma się rozumieć, zabrałam dobytek, zostawiłam siostrę w pokoju wielkości mojego aktualnego krakowskiego mieszkania i zbudowałam w ciągu popołudnia hitechland z designerskim plakatem z factory na ścianie].

trolli sour fruitshake to jest esencja, dotyk absolutu: bardzo kwaśne i miękkie na zewnątrz pianka w środku arcymistrzowska galaretka, kolorystycznie fajerwerki, majstersztyk, od dziś stanowią bazę mojego pożywienia – one zawierają wszystko czego nam trzeba, nawet odtłuszczone w proszku mleko; są fajniejsze niż klocki lego, nawet niż shaun ryder (ts. happy mondays, bummed).
[o - morelowa!! to od mojej siostry, katarzyny. bardzo miło, że o mnie pamięta. obdarowała mnie żelkami i pożyczyła "beverly hills 90210 bez tajemnic".]
zadziwia mnie porsze, jakbym miała mieć znów 15 lat, to chciałabym być taka jak ona, słucha carter usm; jest się komu kłaniać.
a dziś wychylałam się przez okno rano tak spędzając jeden z najwdzięczniejszych poranków ever, na pewno będzie w pierwszej piątce, chciałabym się tak niespiesznie cieszyć. jeśli przeżyję święta wielkanocne, wypożyczę sobie skuter.

obawiam się, że ten blog robi się tak głupi, że coraz bardziej, a już na pewno przestaje być o życiu, bo wżyciu jak to w życiu, w piątek ktoś okropnie krzyczy za ścianą, w sobotę buczą odkurzacze. byłam w galerii kazimierz i h&m zrobił mi przykrą niespodziankę, w tym sezonie mają kontrakt z firmą kupa&szajs i sprzedają dupne switry robione za pomocą drutów, drutów. pytanie natomiast, skąd na allegro się tak rozplenił ben sherman, też chciałabym niejedno (a sptzedawcy piszą tymi słowy, że ben sherman to styl bytu, buntu i pewna ideologia – !!!). allegro w zatrważającym tempie traci niewinność(in the beginning, when we were winning) i pewnie nikt w dobrej wierze nie będzie już sprzedawać starych kolekcji diesla np. kupa, szajs.
40% z was udzieliło prawidłowej odpowiedzi – chodzi o pizzicato five.

postanowiłam, że chcę mieć w nogach dużo kilometrów jak to mam w zwyczaju, tak żeby pani spod hali targowej znów mnie skomplementowała, tzn mówiła że ta czerwona herbata to chyba faktycznie działa a ja zareklamowałam otręby. lubię robić porządki, lubię zachowywać się porządnie i znajdować sobie nowe, pożyteczne zainteresowania. np. wdzięczny gatunek muzyczny jakim jest shibuya-kei.

nie byłam ostatnio na żadnej imprezie kulturalnej tak właściwie to byłam głównie u mnie w domu, czytając komiks o bombie atomowej, na przykład. wcześniej zasnęłam na polskim filmie pt. jowita. a wczoraj zasnęłam o 21 nie mając siły na cokolwiek. chyba wszystko jest na swoim miejscu, aż dziwię się.

kocham mój hi_tech_land siedzę z wielkimi słuchawkami na uszach słucham solarized, przyglądam się co zaraz wezmę spakuję do torby z napisem – chustkę we wzory geometryczne, płyty cd-r w liczbie ok. 30, opakowanie blaszane z wizerunkiem zwierzęcia rysunkowego i właśnie przychodzi taki k-1 i mi dokucza. ja nie mam nic wspólnego z Prawdziwym Życiem, przykro mi, ja myślę tylko top 5, dyskografiami i zastanawiam się jakie słowo brzmi dobrze a jakie nie. nigdy w życiu nie miałam tak wszystkiego na swoim miejscu w moim mózgu i chciałabym, żeby tak zostało, no. znalazłam tamagochi, pomarańczowy flamaster, zgubiłam spódnicę. na tyle mnie wystarcza.

przygody w hi-tech: zamiast „wakacyjne zielone spodnie” czytam „wakacyjne zbrodnie”.
ken golas gratis
konkurs na najokropniejsze słowa tego miesiąca zwyciężają: „otoczka”, „obiadek”, „borykać się”. do skrzynki z taśmami i domniemaną myszą w końcu zaglądać mi się nie chciało (kiedyś stoczyłam tam ciężką walkę ze swoją osobą – wahałam się, czy ćma na podłodze jest żywa, czy martwa – odważyłam się sprawdzić. na szczęście martwa. i tak o krok bliżej do nadczłowieczeństwa), natomiast słucham z zapałem kaiser chiefs.
— nadmieniam dziś – nie ma zdechłych myszy, natomiast przez kilka dobrych lat żyłam sobie beztrosko nieświadoma faktu, że w moim domu znajduje się płyta ned’s atomic dustbin. prawdziwa! punkt za neda – to eliminuje punkty ujemne za pata metheny.

takie duże słuchawki, srebrne buty, będę tak iść miastem, nie bojąc się niczego. (nie mam nawet wzmacniacza do gramofonu haha). przypomniało mi się, że mój tato przechowuje całą skrzynię sentymentu, taśmy firmy takt i mg, nie zaglądał do niej nikt od dawna. trochę się obawiam, że znajdę tam martwą mysz, już kiedyś przeżyłam takie starcie z metafizyką, mysz była doskonale zakonserwowana. na pewno wśród kaset jest guns’n'roses – każdy słuchał tego w 1992. tato generalnie zapalony meloman, ma imponującą kolekcję cd, moja nie ma nawet do niej startu, na ogół bardzo dobre trafienia, choć jest i parę bubli. np. król dżezu-śmezu, pat metheny, kiedyś sekretnie przejrzę te zbiory i wyeliminuję z nich metheny’ego, dla dobra sprawy. jeszcze zabiorę wszystkie płyty zespołu yes, nie wiem, co można by z nimi zrobić, na pewno nie oddać potrzebującym. przecież nikt chyba nie potrzebuje takiej muzyki.
ja słucham raczej iana browna, chociaż to tak naprawdę wcale teraz mi nie pomaga w obliczu tego, że potwornie boli mnie brzuch nic nie mogę z tym zrobić i blokuje mi wszelkie działania, ale ja wiem, że to jest kara boska i przestroga: powinnam mniej jeść. trzeba ponosić konsekwencje swojej beztroski!

ostatnio jestem bywalcem, wczoraj mogliśmy przekonać się, że jazz żyje i jest bezlitosny, ja np. ochoczo skacząc pod sceną, teraz pora jeszcze chodzić po mieście w wielkich słuchawkach na uszach (ts. dj shadow/the streets)
a zabronić powinno się – noszenia koloru beżowego, beżowego z oliwkowym, a zwłaszcza kremowego z bordowym – szkoda, że to nie ode mnie zależy prawodawstwo. cóz wtedy zrobiłaby polska młodzież, która kocha kolory gnilne?

wcielenie początku lat ’90 w najgorszej wersji – bandana, dżinsy z kalifornii – wsiadło do tramwaju czy to jest konsekwencją tego, że jest, przypominam, 1991, generation terrorists, a późną porą tańczyć do step on i the only one i know, byłam na koncercie zespołu pustki i zabrzmieli tak pomiędzy happy mondays a a certain ratio, jak boga noga. mam też taką czapkę, że more rave than you.
jak zwykle pełna niespodzianek telewizja publiczna, w programie edukacyjnym dla dzieci objawia się david tibet i komunikuje nam wszystkim, że >>l is for ladybird<<


  • RSS