schludny blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2005

gotu kola

5 komentarzy

no to się napracowałam trochę, 250 km – a dziś zostałam kompletnie pokonana przez własne buty, w mieście katowice, ała. w autobusie słuchałam there is a light that never goes out i usiłowałam poukładać sobie wszystko, zbliża się jesień, jesienią zawsze słucham there is a light that never goes out i trochę neofolka, jesienią wszystko ma najładniejszą kolorystykę i wszystko układa się po naszej myśli i to jest wieczny powrót, i nic go nie ma prawa zaburzyć. centrum opanowane przez nieumytą młodzież – dziś koncert zespołu kolby, metalcziki chodzą grupami zachowując się głośno, wyglądając ostentacyjnie, ja ukryłam się przed nimi gdzieżby – oczywiście wśród taniej odzieży szwajcarskiej. poczułam się jak the young god. moja ulubiona hala znajduje się w siedzibie dawnego dh junior w tzw. superjednostce*; poniżej wejścia znajduje się obdrapany napis: varietes centrum, a wewnątrz zdajesz sobie sprawę z powagi miejsca – kiedyś działały tam schody ruchome, obecnie zasłonięte jakąś folią, zjazd z nich nadal jest przyozdobiony napisem: dziękujemy i zapraszamy ponownie, ale przecież tymi schodami nigdzie już nie zjedziesz. zostały zagrodzone, otoczone szeregiem wieszaków z ubraniami, które nosili szwajcarzy dawno temu, bo mają kalwiński nawyk chomikowania i w tym roku wypadło, że wydają rzeczy chyba z 1992, dzięki czemu możemy sobie przypomnieć, na czym polegały lata 90. przypomina nam też o tym nme – widziałam numer specjalny o britpopie, z reprodukcjami okładek śp. melody makera, kronika czasów heroicznych – ale nei wolno płakać w empiku.
*dokładniej w separatorze prowadzącym do superjednostki.

w każdym razie kolorystyka już jest raczej wrześniowa, takie kolory na ogół pojawiają się w odzieży pod koniec sierpnia i zawsze bardzo mi się to podoba, dlatego to mój ulubiony fragment roku, welur, tweed, satyna, fioletowy, bury, bianchi. kiedyś była też szkoła i wybieranie sobie zeszytów. jest mi bardzo nowofalowo i smutno; dlaczego każdy dzień jest taki długi. byłam na długim spacerze ze psem, spod butów poszły mi nieomal iskry, a na pewno wysoka temperatura, taka kreskówkowa scena to najlepszy dowód na to, jak bardzo pies może się cieszyć.
na mojej głowie noszę najprawdziwsze lata 90.
mój ulubiony kolega mógłby teraz mi w ładny i wdzięczny sposób dokuczać, że mam atak melancholii i że na to miejsce jest nad morzem czarnym najlepiej w sjelo aheloi, chciałam skorzystać z takiego sposobu, który zawsze bardzo cieszy, tzn uwielbiam wypożyczać książki i nosić je w torbie do mpk takie świeżo wypożyczone, ale biblioteka była nieczynna do 25.08. z powodu czegoś, co brzmi jak choroba zwyrodnieniowa kręgosłupa. apropos, istnieje choroba tarczycy, która nazywa się „wole riedla”; to tak przy okazji polskiej kinematografii (w internecie kompletna tarczycowa panika, chyba zacznę się przejmować. najbardziej tym, że dżordż bush zupełnie jak ja musi 30 minut przed śniadaniem zażywać tyroksynę)

pani w aptece mówi, że na opuchlizny kończyn najlepsza jest maść dla koni wyścigowych. w polsce jak w kolejnym kraju, który przejeżdżasz: wchodzisz do katowickiej restauracji ‚kryształowa’ w celu skorzystania z toalety i rozglądasz się po politurze, obiciach, boazerii i wiesz, że jesteś we wspomnieniach kogoś innego. wdepnięcie w pamięć zbiorową – przecież za czaów świetności takich lokali dansingowo-gastronomicznych jak kryształowa i europa nie było mnie na świecie, nawet w zamyśle. w witrynie sklepu z mięsem wywiesili reklamę: ‚wędliny jak za gierka’. dno dna.
tęsknię za rumunią, choć śmiecą tam i nie dbają o psy, za wariacką drogą bez przerwy, przez 17 godzin, z greckiej parkingowej casa de rozrusznik, przez bułgarię z iskrzącymi piorunami, bujającym się autem wtęiwewtę, do mojego ulubionego brasov, albo za budownictwem w dobrudży, szyby autobusowe w oknach, usyfione, rozkoszne naddunajskie miejscowości (braila, tulcea, babadag i sklep z dupami), wszędzie arbuzy, arbuzy, arbuzy. konstanca i morze, jedziemy po jednym za drugim kurortach niezmienionych od 197*, doszczętnie zdechły, odpompowany olimp, nieszczególny jupiter, fantastyczny popasul nad morzem w saturnie z orkiestrą dla nas i murfatlar, lots of, wyprawa na granicę bułgarsko-grecką tylko domniemaną i nie tą co trzeba, lista zwierząt, jakie widzieliśmy (niedźwiedź na sznurku, żółw na drodze, osiołek u woza). wcześniej, znaczy na samym początku, węgry („levelek to kupa” – co to może znaczyć po węgiersku) i maramuresz-bukowina. z powrotem przez siedmiogród, bardzo dzielnie. immobilizer wysiadł dopiero na słowacji. a stasiuk jest sofciarz. pani szaletowej, jedzącej zawzięcie ciorbę w miejscu pracy, w towarzystwie detergentów i papieru toaletowego nie widział, ani huśtawki na plaży(5 minut za leja) też nie widział, na casa parking nie spał, a polska młodzież a i owszem. pojechaliśmy do babadag, zrobiliśmy zdjęcie pod sklepem, w którym były tylko plastikowe dupy, i poszliśmy sobie. najzabawniejsze jest teraz bycie w katowicach, bo tu właśnie na chwilę jestem i moja siostra ma urodziny, zrobiłam sobie nowe włosy meisterstueck u berendowicz i kublina i mam w zasięgu ręki prasę, tv, książki, publicystykę, kampanię wyborczą, zeszyty ciorana, ciemne pieczywo, trzeba się pozahaczać.

jestem jeszcze trochę zdezorientowana, właśnie zdarzyły mi się najlepsze dwa tygodnie życia.


  • RSS