schludny blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2006

editorial vandalism

2 komentarzy

dzięki mystat dowiedziałam się, że do mnie przychodzi się po ovomaltynę, spodnie marchewy, abc dobrego wychowania oraz, co moje ulubione, „porządek nudni ludzie”. tak jakby mnie doceniono. bajecznie, że oprócz tłumaczenia opowiadania z niemieckiego spędziłam jeden dzień w otoczeniu chrupiących pod nogą jesiennych liści w miejscu, gdzie psy zwykły szczekać dupą i było to znakomite przeżycie, po czym obejrzenie siedmiu odcinków lostów nie mniej. słyszę, że narkolepsję leczy się amfetaminą, co mnie niepokoi, ale ostatnio nie zdarzył się dzień bez niespodziewanego snu, trudno mi się ogląda filmy jakby, nie wiem, poranki kinowe? maila o tej treści, jak w tytule, dostałam w spamie od wirtualnych osób. postarali się, to lepiej, niż learners of gaelic albo retired lady naked.
a fn ma urodziny!

that’s so zen of you!

1 komentarz

obsesyjnie słucham france gall, piosenki o laleczce, zrobiłam pranie, jutro w jesienny dzień poszłabym sobie nie wiem, zbierać szyszki? czytam dwie książki na raz, the devil wears prada („czytasz w oryginale, już się do ciebei nie odzywam!”)i gorzki smak czekolady lucullus oraz mam miejsce nowe do podziwiania, jest to mianowicie goethes institut, pożyczam książkę o literaturze dziecięcej od zarania dziejów do harry pottera, może zacznę chodzić tam posiedzieć sobie w fotelu? wyjście dziś do szkoły w sukience zadrukowanej psami oraz bardzo tanich rurkach niczym na trashmetalowca uświadamia mi, że piłam wczoraj bardzo-dużo-alkoholu-przemyconego-z-własnej-torby. a tu pan mówi o zen. that’s so zen of you!
obsesja obsesja! to!

w tym momencie mogę słuchać jedynie radia, a ono jak na złość nadaje-phila collinsa! i do tego piosenkę, której aranżacja przywodzi skojarzenia z krzyżówką teledysku zespołu bajm pt. „dwa serca, dwa smutki” z filmem pt. „frantic”, nie wiem, dlaczego, ale wydaje mi się, że klucz leży w sekcji perkusyjnej.
bal etnologa, rany boskie. wszyscy przyszli, bo wszyscy mamy poczucie bycia w ostatnim odcinku bh 90210. wymieniamy się starymi numerami bravo, nie wierzymy, że trwa 2006; niezbyt się tym przejmujemy przebrani to za tokio hotel, to za kółko różańcowe. ekstatycznie, nie wiem, kiedy od czasów dzieciństwa zdarzyło mi się spać bez poczucia winy do godziny 10. radio złośliwie nadaje debilną piosenkę zespołu hey z 1993. mocno nierealnie, miałam wielce barwne sny, teraz czuję się świeżo, niemowlęco i najchętniej obejrzałabym „w labiryncie”.
[dvd, trzymam fcuki, 4 palce w umywalce!!]

gdyby dawno temu ktoś nie orzekł, że mam krótkie, niewłaściwe palce, dziś mogłabym podjąć jako drugie studia w instytucie muzykologii. panuje porządek i atmosfera przyjaznej niszowości, trzeba zadzwonić do bramy wejściowej, przez którą ktoś rzadko przemyka, łazienka jest lśniąca, bo nie ma jej kto odwiedzać. a co najważniejsze, mają automat z napojami, a w nim gorące, pieniste mleko! takie mleko, że się prawie popłakałam ze wzruszenia, chciałam tam zamieszkać, jakby było tego mało, za 10 groszy jest dodatkowe mleko, można więc ku swej rozpuście zamówić mleko z mlekiem!
sny straszne, że najpierw jakiś tzw. życzliwy urządza bez mojej wiedzy mój ślub w rudzie śląskiej lub bytomiu z udziałem wujów, ciotek, zimnej płyty, a potem na domiar złego tatiana okupnik i się też śni i spałabym dalej, żeby pojawiło mi się w mózgu coś, co to zneutralizuje, ale masz ci los, trzeba wstawać i poćwiczyć, wykonując fikołki spotykam koleżankę(?)z liceum, z którą nigdy wtedy nie rozmawiałam, ale nie wydaje mi się, żeby cokolwiek zmieniło się u niej od liceum właśnie, a to niepojęte, że ktoś może być ciągle taki sam.

mnożą się wizyty, to brat, to-tym razem-siostra, więc porządki, i od razu myślisz – bez cl sprzątanie, a zwłaszcza pranie traci coś niezmiernie istotnego. radio podało treść tegorocznego dyktanda i chyba marzy mi się to trochę, może w przyszłym roku będę wykształciuchem (jestem już łże-elitą – wojtku, to ci kawał majstersztyku).
względnie porządne, dające miłe poczucie obcowania z luksusem pismo damskie chce stracić klienta i przestrasza ryłem marii wałęsy z okładki!!
w tym roku wyjątkowo lubię chodzić do szkoły, bo wybrałam sobie takie kursy, dzięki którym poznam nuty i posłucham o okultyzmie i narkopstrykach (w tramwaju czytam osławiony artykuł z plastiku o trepanacji i sąsiadka się odwraca) i mogę słuchać już tylko tego gościa – chyba cię uwielbiam, nicky, na twoją cześć noszę złote rajtuzki.

the shamen produkują jakby straszne liryki na albumie >>axis mutatis<<, ale co poradzić, to on ratuje mi dziś życie, w tekstach jest zasadniczo wszystko naraz, wielce ezo, można słuchać i wyliczać, zabawne, że ich strona nadal istnieje dość uparcie od 1995, jakby przewidywali, że mogą jeszcze kogoś obchodzić (doczekali się), to trochę jakby nagrać sobie na taśmie ciepło brzmiący głos, który powtarza „odpręż się”, albo „wdech, wydech” i naucza podstawowych funkcji życiowych. chyba dziś jestem trochę z kręgu zła.
mała fascynacja: książki dla moich rówieśnic sprzed półwiecza. iskrzą od bonmotów (saganka: „nudziłam się, lecz nie zanadto”; „ponosiło mnie coś, co było chyba radością, szłam szybko, ciążyła mi niecierpliwość”).
kupiłam w mieście mleko i wypiłam mnóstwo tego mleka i może chciałabym mieć gorączkę 40 stopni albo zemdleć, a nie tylko tak straszyć, może takie sponiewieranie somatyczne mnie nie wiem, właczy?

czerwina w mieście, galeria krakowska wygląda jak arndale centre; strasznym jest uświadomienie sobie, że w skrytej pamięci drzemały polskie przeboje pop z lat 1994-1998, włącznie ze zwrotkami. dziś widziałam szlifierkę, frezarkę, poczułam woń chloru. obsesywnie mieni się przed oczami brokat, lureks – powiedziałam dziś na głos o ultrafioletowych śladach w śnieżnej pustce i nie jestem pewna, co chciałam powiedzieć przez to.


  • RSS