schludny blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2007

dziś komunikacja obrazkowa.

my definition, my definition is d1z:
372291580_fd739fda0f.jpg?v=0

informacje gospodarcze:
372291586_ce70fb908f.jpg?v=0

[mieszkam dziś w kartonie, wszystkie rzeczy zrarowane, przenosimy nasze centrum dowodzenia; obejrzałam dwa filmy z gatunku brytyjskie kino społeczne, chyba zaraz usnę w tekturowym domku, jest błogo tak, że aż błogosławić. dla ważnych momentów istnieje jeden jedyny najlepszy soundtrack: manics]

w jednym z wiodących polskich banków obowiązkiem pracownic nie jest już mieć na imię lucyna, a nosić asymetryczną grzywkę. co za spójna placówka. z lepszych rzeczy rozmowa na ciuchach, kolegów dwóch kupuje sobie spodnie do pracy.
-te są niezłe.
-no, weź jasne, pobrudzą się to będzie widać, że coś robisz.

jak ładnie prószy. zapomniałam o śniegu i jestem zdziwiona jak dzieci z izraela, które kiedyś pokazali w teleexpressie. kończę pracę i cieszę się, że wreszcie przestaną mnie boleć oczy i kręgosłup, pogłebione uzależnienie od sieci może zostać, bo nie sądzę, jakoby to było coś tak strasznego jak mówią. u mnie np skutkuje częstszym uprawianiem sportu. w ostatni dzień uskuteczniam takie małe sabotaże i odkrywam rzeczy straszne np środowiska typu zespół splendor(jak boga noga nie byłam w stanie uwierzyć w ich istnienie i tak właściwie to chyba nadal nie wierzę, a fe, a kysz), ej sorry, ale oni zgłaszają akces do nicky’s secret society, na miłość boską, pamiętam dziewczęta z obsesją manics w gówniarskim klubie komiksowym, ale one miały niesamowiiitą wiedzę muzyczną i podawały się za postacie z mortal kombat, a to raczej róznica.
niemyślenie po polsku, oto odkrycie. przez 3 dni z miyuki odkryłam, że większość moich kłopotów jest jednak zwerbalizowana po polsku i w innych wersjach językowych nie ma dla nich miejsca, bo jeszcze ich nie przetłumaczono; przypomniałam sobie dużo spraw, rozmawiałam na tematy, o których na co dzień nie pamiętam, a wreszcie spotkało mnie miłe poczucie solidarności – zdejmujesz soczewki, zakładasz nie najsłabsze okulary i: computer, video games. oh sure.
nigdy nie byłam większym gówniarzem niż teraz, chyba w całym moim życiu i nie wiem, co poradzić, że to naprawdę nie jest moja chytra strategia promocyjna, aż tak pokręconej naprawdę bym nie wymyśliła. stało się samosię. może to po prostu najlepszy i nawet wręcz naturalny moment na apogeum gówniarstwa, chyba nic z tym nie da się zrobić. samosię.

normalnie jest tak, że dziwni ludzie spotkani przypadkiem słuchają np radia maryja, wiedzą cos, czego my nie wiemy, mówią rzeczy prorocze itp. natomiast ta pani w pkp nie dośc, że wyznała mi, że wiezie ze sobą dużą kwotę w pln, to błogosławiła radio rmf. słabo? włoska prasa dodaje za darmo graficzne wyczyny guido crepaxa, promując drobne perwersje, superhiperfiuuuperfekcyjną kreskę oraz moją fryzurę – chyba pozostaje zapytać po prostu raz jeszcze, czy aby słabo.
Valentina_Crepax.jpg
ts. ned’s atomic dustbin/roots manuva/house of pain. a na moją stronę ktoś wszedł szukając strony interenetowej ludwika jerzego kerna, co poczytuję sobie za niemały zaszczyt: riskepta!

szałowe skądinąd osobno spodnie, obuwie oraz kurtka ubrane razem uczyniły ze mnie trzecioligowego dresa, kiedy wyszłam kupić pastę do zębów. taki w ogóle dzień, gdzy niezbyt się za sobą przepada i zapala się często w mózgu lampka z napisem „przedsięwezmę”, ale tylko na chwilę. złoszczące i niemiłe.
po tamtym śnie zrobiłam sobi wielki porządek w domu, ale tak naprawdę co z tego. kreatywność jest zero a ja do bani i luftu. choć wczoraj np zachciało mi się urządzić wycieczkę pieszą z pracy do lidla, który miał być blisko, nie był, w życiu nie miałam tak przemoczonych (tak zdrowy, tak delikatny, ta fraza to f*kin’el przekleństwo reklamy polskiej) ubrań i włosów, co okazało się być bardzo zabawne jednak, że się niezbyt przejmuję.
coś takiego, wow.

sen może trochę podchemizowany, ale za to niebywale błogi i skuteczny, a śni mi się uberporządek, sterylność biało-szaro-niebieska.

och, nie ma nic bardziej zajawiającego przecież niż muzyka, np sceny filmowe na żywo mogą się wydarzyć tylko dzięki temu, że są na świecie odtwarzacze osobiste. ponieważ dzieją się takie rzeczy, jak spontaniczny guerilla gig, śpiewy i tańce na pętli tramwajowej kurdwanów, po czym pełna błogiej mądrości rozprawa o hawkwind i sun ra – nigdy nie będę żałować, że się kiedyś urodziłam. mówię takimi poważnymi słowy, bo teraz jestem w świecie, w których się takich używa np. słuchałam właśnie „strings of life”, a potem „you got the love” (halo cl!), a to piosenki zwane hymnami. apropo. karkołomne przedsięwzięcie wydania w pl książki o acid house, od razu pobieżyłam i mam. a co jeszcze mam? mam chore gardło od zimnej coli i gorączkę od nie wiem czego. i mam grzywkę, nareszcie wyglądam jak ludzie.

halny, więc wszechobecny fiś. ja na przykład przybieram postać pretensjonalnego gówniarza, niby też mi nowość, ale teraz to gówniarstwo nieustannie customized, wymyślam wciąż lepsze, bardziej zaskakujące aktualizacje. liczę na rychłą obecność w pudelek.pl. lubiany przeze mnie portal recenzencki ogłasza, że nie ma już żadnych tzw. goodshitów i guilty pleasures, tylko wszyscy słuchamy tak naprawdę muzyki, wszechpopu i wszyscyśmy z jednej dziedziny, i w pełni się zgadzam że także i na innych poziomach tego świata coś takiego jak estetyzacja życia już w ogóle nie istnieje i dawno przestało obowiązywać.
słucham poppies i złapałam chyba o co chodzi, mają b-side pt. designer grebo. celne komentarze zawsze przylatują prosto z nieba, conie. mam potrzebę a/zadbania o przyjaźnie, dlatego w sobotę znajdę się na najbardziej niespodziewanym evencie tj. prawosławnym nowym roku, gdzie będzie oj chyba bardzo wesoło, b/pisania recenzji i takich tam rzeczy, zanim pomysły rozgotują mi się w mózgu, c/mentosów z colą, d/przeczytania książki o acid house, e/rowerem po ysterajś, f/niestety płakania bez wyraźnych przyczyn, ale lepiej to skontrolować, nim ktoś mi poradzi zmienić nazwisko na beksiński, g/noszenia zestawu kolorystycznego szary+fluorożółty. co gorsza, chyba zrobię wyjątek dla nowego zepsołu i jednak posłucham chętnie płyty klaxons od kiedy zobaczyłam, że są bandą masońsko-szatańsko-fluorescencyjnych rafałów księżyków i słuchają the klf. żaden to new rave, ale wyrastają z solidnego gruntu z dalekim, ale jednak linkiem do psychic tv(sylvia wczoraj: „a ty znasz kogoś, kto lubi p-orridge’a?”).
aha,

hi-tech groove

1 komentarz

sezon na odkrycia. jęły mnie przesladować mentosy z colą, fn olśniona słońcem (zazdroszczę zenu) i z przypinkami takimi samymi jak moje niezależnie uczynionymi przez freshkida, pocky zielona herbata i haribo smarties=jakiefaajne, znaleziono zagubioną tożsamość z 1991, wdrażam realizację wielkiego masterplanu, o którym jeszcze cicho sza, zrobiłam podsumowanie 2006, którego jeszcze nie mogę pokazać, a co najlepsze, przyśniło mi się, że dziewczyna rozchwytywanego sidemana hania stach jednak stała się sławna i co, teraz jest z jakimś teledyskiem na wszystkich portalach. płytę być może hani stach (jedyna inna możliwośc to jagoda; idzie o polski pop wyprodukowany przez tych ludzi co zawsze i brzmiący ma się rozumieć jak wczesna górniak, którego nikt nigdy nie słuchał ani nie kupił) nadają zapętloną bez ustanku z dwupiętrowym lumpeksie naprzeciwko mojej pracy i albo to jest rodzaj medytacji, albo może raczej wykwintna tortura.

——-
[ok, rozumiem. słońce wygląda, jakby odbijało się od nieistniejącego śniegu. mam chyba trochę iluminacji. słyszę piękne dźwięki. przez chwilę pojmuję wszystkie regulujące świat zasady i że wise up!, wszystko jest na swoim miejscu. nie mam pojęcia, czym sobie zasłużyłam na ten zaszczytny gratis, ale to ważne i rozstrzygające. jakby bezwiednie rozlał mi się w mózgu błogi psychedelik. i tak ma wyglądać moje życie.]
to mesdż specjalnej treści [do ciebie].

jakże lubię dokonywać ważnych odkryć i przeżywać stany tak niebywałe, jak zajawienie się na coś absolutnie w chwili, gdy nie zanosi się na niespodzianki. objawił mi się otóż zespół, który niesłusznie przez dłuższą chwilę obkładałam ignorem, aż w styczniu 2007 nie włożyłam spodni typu samuraj oraz czapki z daszkiem i włączyłam to:

We dig Optimus Prime and not Galvatron,
We dig „The Leader of the Pack” and „Da-Doo-Run-Run”,
Spinderella and Bruce Lee, „The Good, the Bad and the Ugly”
„V for Vendetta” and „Into the Groovy”

i dowiedziałam się, że

„Can you dig it?”- from the film ‚The Warriors’.
„Oh yeah”- from ‚Ugly’ by PWEI
„Make some noise!”- from the intro to the ‚It Takes A Nation Of Millions’ album by Public Enemy.
„Shake what you got!”- from Salt ‚N’ Pepa, ‚Shake Your Thang’.
„Yeah that’s right, kick it!”- from Public Enemy’s ‚Yo! Bum Rush The Show’.
„Hell yeah (Hell yeah)”- from ‚Terminator X To The Edge Of Panic’ on Public Enemy’s ‚…Nation Of Millions’ album.
Drums from ‚Kray Twins’ by Renegade Soundwave(i więcej)

potrzebna jest nam wszystkim muzyka zlepiona z samych sampli, nagrana przez kolesiów o osobliwych fryzurach, iskrząca jak kwaśno-strzelające gumy do żucia, fluorescencyjna, dla i przez czytelników komiksów i graczy w gry. że trudno znaleźć równie błyskotliwy projekt jak PWEI, idę o zakład, oni rozstawiają taki gąszcz giętkich i spryciutkich sampli i zapożyczeń, że możnaby się zdezorientować, gdyby nie fakt, że można sobie potańczyć, fiknąć fikołka, cieszyć się jak głupi; poza tym ci rozkoszni żartownisie przyczynili się do fenomenu jesusa jonesa. clint mansell później popełnił muzykę do pewnego filmu, który się podoba wszystkim oprócz mnie, ale to jego wcześniejsze wyczyny rozmiatają w pył wszelką konkurencję. obawiam się, że pora ogłosić the rebirth of cool i pisać takie teksty w hołdzie.

co natomiast dzieje się w moim życiu? na tą stronę ktoś trafił przez hasło „gorące sąsiadki”, „gorące ciotki” i „piosenki z pocahontas po polsku”.


  • RSS