schludny blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2007

na pewno w jakiejś super książce albo ponadprzeciętnym filmie juz jest bohaterka, która wcina pastylki musujące z suplementami nie rozpuszczając ich w wodzie?

duhhh, czuję się jak rekonwalescent.
rzadka okazja pooglądać teledyski, w tej chwili żadna już atrakcja tak audio, jak i wideo, ale rzut oka – nie jest oka. na przykład, takie kuriozum, że gitary jak u2, a wokalista usilnie próbuje podrobić shauna rydera, wychodzi oczywiście syf i małpie figle. albo enter shikari, gdzieniegdzie głośni, coś tam zasłyszawszy – tzw. new rave to wielki ubaw, bo ktoś, kto nie poznał jesusa jonesa za młodu, może grać tylko jak linkin park meets symfo black metal. oto, co wyszło z szumnych zamierzeń. ciekawa sprawa jednakże to hadouken, fajna nazwa i produktywna realizacja pogróżek o gitarowym spreparowaniu grime(albo odwrotnie). to akurat bardzo mi się podoba; fajna nazwa, wyszczekanie, fluoro estetyka, ja też grałam na konsoli pegasus i miałam portmonetkę z napisem „smart kids”.

proste-proste. myślisz miło o kimś, słuchając sobie new order (krafty!), orientujesz się, że mimowolnie pisząc podrabiasz jego charakter pisma, to znaczy właśnie miłość. mokniesz i schniesz przechodząc miliard kilometrów po łodzi, bo chcesz zobaczyć wszystko, to znaczy katar, przetrącona noga i obezwładniająca radość. możesz symulować ciężarną dwunastolatkę – to znaczy, że pewne fasony odzieży są ci niedostępne.
wiatr zabrał mi z balkonu żółty bluzon svea, a za to znalazłam na ulicy zmoknięte zdjęcie psa – a propos odzieży z najdalszej północy, pewien niepraworządny lumpeks miał w asortymencie, widziałam, koszulkę z tym gościem. dzień wcześniej vlepę „i’d rather go naked than wear thor steinar”. facet powiedział w radio, że konektd.
muszę się zastanowić, co napisać o uodzi. „co by tu narysować, żeby zostać sławnym”, jasna sprawa.
[huhu, ubaw i heca, odkryłam w starej notce, że szpanowałam heideggerem a nawet łotmanem. tymczasem na starośc zachciało mi się raczej książek z obrazkami, typowe, ale zdrowe]

łódź fabryczna/medyczna, tekstylia utensylia i przewód pokarmowy na telebimie – oraz krańcówka. ahoj, przygodo.
wliczając mnie, ludzie są ostatnio najzwyczajniej niemądrzy, niemądrzy i głupi, drą na siebie brzydko twarze jakby chcieli spełnić przepowiednię o apokalipsie. blues, proszę księdza. jakaś mądra sowa np (wczoraj przypadkiem przylepiło mi się oko do ‚nocnej straży’, sowa ładniutka i bardzo złowroga ma tak na imię jak ja) powinna powiedzieć, że wszysycy jesteśmy głuptasami i że mógłby zapanować spokój w tym zaczarowanym lesie. or what. patrzyłyśmy z fn na szmaragdową wodę i uskuteczniłyśmy makabryczne trochę zabawy, cierpienie i wypoczynek. ale ta łódź, to jest jakieś nieodkryty sezam chyba mój osobisty, najlepsze, najbardziej cieszące jest sobie coś tak dla hecy zwiedzić. dopóki to potrafię, apokalipsa nie nadejdzie.
radio włączyło mi wczoraj petera murphy, to ci niespodzianka, jak ja uwielbiam ten głos pełen roztropności.

od kiedy dowiedziałam się, że marimekko znaczy ‚sukienka dla mary’, funkcjonuję wyłacznie w trybie tekstylnym, ljungberg, panton, marimekko! – paluchy palą się do pracy i dziwne, dziwne rzeczy się dzieją, rzekłabym, że skrajne, promienne wzruszenie albo smuteks nad smuteksami, jednak bez przerwy, jak podskórna struktura długiego trwania, czai się rozkoszne poczucie, że mieszkam w najfajniejszym miejscu na świecie. mogę wspiąć się na pozostałości mostu, zaryć obuwiem w strome wzgórze otoczona przez malamuty, przewędrować miasto na wskroś, aż się pokaleczą nogi i już niedługo zacząć bić pokłony w kierunku emaliowanej żaby.

carson mccullers miała zdezorientowaną, lalczyną buzię w typie giulietty masiny w la stradzie i stworzyła mick kelly, dzięki której już wiem, co odpowiedzieć, gdy ktoś zapyta mnie, jaki bohater literacki jest mi pomijając piotrusia królika szczególnie drogi. zwłaszcza, gdy znalazłam niechcący dla książki soundtrack-dynamit*, łapię się za głowę, co ja w ogóle robię, że co nowa płyta, to płyta roku, całkiem jak dziennikarz mariusz z kobyłki, który nadużywał słów >>ciary<< i >>na kolana<< dla nudnych dark ambientów. ale, ale, the neon bible to dziełko naznaczone jakąś niezmiernie posępną skazą i jednocześnie ejtisową motoryką super.

*nowiutki arcade fire!

najbardziej pretensjonalna rzecz na świecie, ale chyba wsiadłabym chętnie do przypadkowego autobusu i pojechała dokądkolwiek, ale nie ma to sensu, ponieważ – co można robić gdziekolwiek, tak naprawdę. dobre jest, że ostatnie dni obfitują w tyle odkryć, na przykład – jak to dobrze mieć plan lekcji! – i wręcz dostatecznie sprawnie w nim funkcjonować, starać się, jakby miało się lat19. albo że matt sewell ozdabia tymi mordkami wzdłuż i wszerz cały manchester i że płyta bretta dalece dystansuje konkurencję, a „the asphalt world” i „the living dead” to jakiś hiperglobalny żal i łzy ściekające po zaciśniętych zębach,
i że narysowałam milion rysunków, choć co z tego,
użalanie się nad sobą i robienie z igły wideł jest w parszywie złym guście, ale wierzcie mi, jest się nad czym użalać, bo materia czyli ja sama w sobie jest zgniłą, może by tak zgnieść się w kulkę i wyrzucić do śmieci. (śmieci czy śmiecie?)

zasadniczo, to

res-1.jpg

[powinnam zamiast mówić wypluwać obrazki i może moje potrzeby albo raczej głupie zachcianki stałyby się jasne; chciałam użyc słowa "ikoniczny", ale jestem za stara na bawienie się mądrymi słowy.]

niespodziewanka. najpiękniejsze wiosny zaczynają się właśnie o tak, z kopyta. uślimptałam się łzami szczęścia. z balkonu uciekła mi kołdra. wstrętny sen miałam, o spieszeniu się, ale z niezłym epizodem – wysiadając z autobusu na rondzie matecznego, jadąc do cegielni (wtf?) natknęłam się na królika. na jawie wypiłam kawę inkę (potrzebuję na nią chyba spartańskiego aluminiowego dzbanka), pospiesznie ściągnęłam płytę bretta, i ledwie ją włączyłam, wszystko inne stało się niewykonalne.

muzycznie ostatnie dwa dni się spolaryzowały. jedni chłopcy noszą zawadiackie krawaty, drudzy się uświnili. tajemnice dworca katowickiego – zawsze jest jakaś, a to szczurek, a to ktoś napisze na reklamie kinder bueno „kupojady”, a to kupisz za 5 złotych cd neddies „are you normal”. kaisers natomiast wywołali jakże wielkie uff; co za dobry, wellerowszy, albarnowszy kawałek muzyki. coraz to nowa młodzież rozbija się o murek, który miała przeskoczyć, ostatnio boleśnie się potknęli bloc party – znaczy nigdy nie byli moimi ulubieńcami, pominąwszy wokal, ale źli też na pewno nie, za to ciastolina, którą popełnili, nie daje się wręcz wysłuchać na raz. a tak podstępnie wypuścili niezwykły, transowy, rytualny singiel ziejący pogłosem jakiegoś wielkomiejskiego voodoo (a wers, „Lord give me grace and dancing feet”, miażdży splot słoneczny). dość. doktor internet (podobnież jest taka psychiczna dewiacja, że ludzie się sieciowo diagnozują) nie powiedział mi, czemu mam w głowie turbulencję, ale śmiem przypuszczać, że to tylko złe słowa kluczowe. pisałam wielekroć o tym, więc mogę usprawiedliwić własny ekshibicjonizm i wynokwianie. pacjent będzie żył, taki już mój los, skoro na spacerku po okolicy otoczyły mnie cztery skundlone psy bojowe, i poszły sobie.
w mojej szkole uczą: polski przemysł gumowy w międzywojniu reklamował prezerwatywy hasłem: prędzej ci serce pęknie (ktoś kiedyś wymyślił lepsze?). w snobskim sklepie obok szkoły znalazłam szminkę mojego życia, nazywa się „i hate her” i kupię ją gdy sprzedam nie wiem, kawałek własnej wątroby?

jak to się dzieje, że samoistnie otwierają się małe drzwiczki percepcji i na chwilę osiedle zaczyna wyglądać jak śmieszna tekturowa diorama, a ja sobie sama po skróceniu grzywki śliczna, zaprojektowana, lego-duplo. a propos grzywek – och, sienna, mały najazd na zagraniczne prasowe łakocie i opchałam się po oczy i-d, giant robot i b>/, a nade wszystko – dzisiejszy dzień pod patronatem historii o przyciskach do papieru trumana capote; powala mnie, że można tak pozszywać słowa metalowymi nitami, zespawać, napisać zdania wymierne, kompletne, uchwytne. opowiadano mi historię, jak to komuś po dmt pewna mrówka zaczęła mówić językiem trójwymiarowym; pardon, ale taki język już kiedyś ukazał się drukiem. wiosna być może, albo nadmiar wrażeń wzrokowych, albo nieznany mi jeszcze proces z mózgu. mdleję i przeprowadzam nieustanne bieżące recenzje wszystkiego.


  • RSS