schludny blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2007

konfucjusz mówi: zejdź z huśtawki – najpierw upierdliwe dziecko, potem jakaś niemiła parówa zajmowały miejsca fn i moje na huśtawkach dotychczas pustych. na domiar złego obok siedział sobie na ławce człek, rozglądał się dokoła, relaksował miłym popołudniowym słońcem i pewnie winem, wtem się głośno zsikał, a my to wszystko słyszałyśmy, w szkole średniej miałam koleżankę, która zwykła wchodzić do łazienki z komentarzem: słyszę jak sikasz! zatem w nogi. mam koszulkę stereo mc’s z taniej odzieży i teraz nawet cieszę się, że mam tyle lat, bo wiem przynajmniej, co głosi moja koszulka – to w obliczu nibyrejwowej mody rodem z cropp town, dla fanów ashlee simpson. oni zresztą mają takich starych dziadów, których ja słucham, zupełnie właściwie i słusznie za stare dziady. widziałam w tv sisters of mercy i the cult, na chwilę zbudziły we mnie wewnętrznego gociucha.
podoba mi się: wiewiórka z reklamy drewnochronu, „our lady of the forest” gutersona, to, że będzie trochę zimniej, tytuł notki, który ukradłam z magazynu „przyjaciel pies”.
stare dziady, swoją drogą, kupię sobie; choć singla roan, z glanami na okładce, hopsę i obie dąbkowskie też ktos spycha.

moje zatrważające zakupy odzieżowe – bluzon w pokiereszowane zwierzęta i koszulka od elkie park ze zwielokrotnioną literką e. jak się nie da być pięknym, trzeba być uroczym i milutkim, ha.
przypomniał mi się zespół add n to (x) i okładka, gdzie kogoś wybebeszają akordeonem, słuchałam tego z perwersyjną radością, a zwłaszcza czytałam tytuły. odzyskałam świadectwo maturalne, które wywołało moc radości i przyda mi się do ważnego masterplanu, cieszę się też na pewną rzecz, otóż mam wreszcie godzien swoich zadań rower, industrialną bestię, słowacja wita; właściwie już teleportowałam tam sobie mózg.
a tymczasem na wszystkimi zawisła koreańska düpa.

moja mama jadąc samochodem nuciła sobie piosenkę o tym, że ludzie listy piszą, zwykłe polecone, i myślę sobie wtedy, że to niezwykłe i bardzo trudne zarazem napisać piosenkę wokół prostego zdania twierdzącego, taką zwartą i mówiącą dokładnie to, co trzeba, na przykład to, że ludzie listy piszą. dlatego słucham ostatnio shonen knife: catnip is a kitty cat drug. cycling is fun. flying jelly attack.

też zaczynam lubieć rozumieć, wnikać do środka, mieć w oku mikroskop. od wczoraj wszystko jest trochę mądrzejsze, ja trochę rozsznurowana i kto wie, czy nie zacznę częściej używać zaklęcia „s.f.w.” – film pod tym tytułem kiedyś wydano w polsce jako „cholerny świat” i to jest moje ulubione arcydzieło przekładu. grzeczne wycofanie i zajęcie się wypełnianiem swoich zadań, i tego, co należy. a ja sobie rozcieram na nadgarstkach jakieś liście i szukam liścia instant (prawdopodobnie herba fresca; choć ostatnio mam wciąż nos w nadgarstkach, bo kompulsywnie kupiłam sherbet rhubarb cdg, który perfekcyjnie się ze mną skleja).
trochę jakby wypić kreta, który czyści skutecznie z nalotów mózg i wątpia, i teraz jestem ze szkła i pleksi, przezroczysta, sterylna, nienaruszalna.
[dzisiejszy odcinek sponsoruje kanada.]

popsuł mi się zegarek i od tego czasu wszystko dzieje się pod presją i z trwogi. z nudów biorę udział w jakichś dyskusjach w szkole i dziwię się, jak można się przejmowac różnymi rzeczami, albo że one w ogóle istnieją, narysowałam milion rzeczy, przeczytałam gazetę z 1995 itp. a teraz świadomie ustawiłam w kolejce do odtwarzania naprawdę przerażającą płytę. a ona zaraz się włączy. jestem zahibernowana. chciałabym, żeby przyszedł tu porządek społeczny i powiedział mi: „nie myśl, że w krajach, w których ludzie są bezczynni i gnuśni, żyje się szczęśliwiej”, tak głosi pewien wiktoriański pedagog.
i’m allergic to myself.

[w tytule cytat z braciszka, który potrafi ładniej pisać niż ja.]
najoczywistsze, najzrozumialsze samo przez się, że manics wydają wyłącznie dobre płyty, jestem bezkrytyczna, jestem szczęśliwa. liternictwo znane, odwrócone r-ki jak na „the holy bible”-to nie jedyny raz, gdy mówią na płycie: halo, richey – muzyka zahaczona o – nie mieli innego wyjścia – o swoją definicję, „everything must go”. z takim brzmieniem można zasadniczo już jedynie przekopywać, przearanżowywać, _ubogacać_ własną dziedzinę i faktycznie, gunsowa gitara w autumnsong jest z 1992, chórki z solowego jamesa, sekcja smyczkowa, wiadomo.
ostatnio zatrważająco często gęsto lecą fantastyczne nowe kompozycje, dobry mainstream jest w doskonałej formie, oprócz manics jest przecież moja tajna lowe, sophie ellis bextor popełnia arcyprzebój, którym powinna zrobić z dupy leguminę* konkurencji we wszystkich eremefach świata.
ach, jeszcze przecież volta, innocence to niewiarygodna wprost rzecz.
wczoraj niespodziewanie labirynt fauna, po którym miałam straszne sny o starych kobietach plotących dywaniki i bitwie, w wyniku której tracę swój dobytek i jest mi smutno, zwłaszcza że dowódca poległy od granata pytał wrogów, czy znają piotrusia królika, absurd ponad normę, yh. do tego wszystkiego dochodzi nerdo-koszulka gsusa nabyta dziś na wagę, poza tym jest pora monsunowa, najładniejsza w całym bożym roczku, zielono i pada. czyli ekstatycznie.

*och, włatcy móh! major kubricz!

nieładnie i pudelek, że się o takich sprawach na głos i na piśmie, ale tym razem to cos specjalnego, chodzić zaplątanym w kable, fetyszowo ładne. w całym moim ostatnio niemiłym położeniu i wrukwiającej wątłości cielesnej jest przynajmniej dobra strona, że to trochę stary sen o cybernetyzacji się.
wypiłam tysiąc herbat jagodowych, jestem blada jak dzieci z filmu wioska przeklętych, niebieskawa jak te borówki i oprotestowuję sen, na taki sen to ja kicham, jak mam mieć takie złe sny, jak ostatnio notorycznie i dobrze, że ich nie pamiętam, ale budzę się o jakiejś strasznej porze, słyszę w tv sygnał kontrolny i wszystko staje się przerażające. dalszy ciąg snu normalny, obmyślam bar mleczny >>mleczak<<.
send away the tigers i volta, jak to dobrze mieć nieustannie tych samych idoli, bjoerk jest flamastrowa, a manics jak zwykle pogrożą, a potem nagrają piosenki takie ładne, że aż strach. chcę słuchać tych jestem pewna, że pięknych rzeczy, iść na rower i na basen, położyć się na trawniku, albo na balkonie, nieistotne, już niedługo, szszsz.

sen taki koszmarnie paraliżujący, ponury i zły, że sam mi się wymazał z pamięci w momencie, a została sama skondensowana groza. dobrze, że mi się zdarzył telefon „wstawaj, w tv piotruś królik”, było juz jasno, błogosławić. soundtracków do snu już nigdy żadnych, jak mi się zdaje, to wszystko przez to.
zostałam właścicielką paru ładnych archiwaliów z 1998, jestem wzruszona ich grzecznością, miałki post-britpop lub podrygi do daft punk, malutkie kontrowersyjki, np. zespoł earl brutus śpiewa, że irish puby są komercyjne. zupełnie podoba mi się ten nieobrzygany buncik. na pewno bardziej niż zawartość mtv2.

aha, „Nie wiem czy wiecie ale to właśnie na plasterku sera udało się zarejestrować pierwszy utwór muzyczny(Jeff Gouda „Cheasy Song” 1900)”. z internetu.

* (C)ksz aka ubyryba


  • RSS