schludny blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2007

liz_wolfe.jpg

od bunnylicious można się trochę uzależnić. trochę makabry – trochę obscenki. jest smuteks, kwintesencja biednego, smutnego dziecka – noga w gipsie, przekichane wakacje, patrz jak koledzy grają w piłkę, skaczą w klasy za oknem, wiadomo. przez cały czas upierdliwa mała łezka grozi, że się zaraz zacznie(kto mi przyniesie pluszowego królika, laurkę, marszmalołsy, stokrotki oberwane z trawnika?). nieważne: drugi raz, a zaraz zobaczę i trzeci, absolutna czołówka – „the wicker man”. posłucham cloetty, najśliczniejszej smutnej pani z parasolką, young gods i ich świeżuchnej reinkarnacji w postaci black strobe – czasem całkiem tv sky i nareszcie dokończę „kimi wa petto”.

ostatecznie właśnie wszystko, każda bajeczna przygoda kończy się wszechogarniającym szajsem. w moim pokoju znajduje się odrażający martwy chrabąszcz, którego nie mogę uprzątnąć pod groźbą umieszczenia nogi w gipsie. to przestraszne, ale przecież gdyby moja noga, lewa, odmówiła posłuszeństwa w vojenskim priestorze, mogłabym spędzić życie w drewutni. wykrakałam to dwie notki niżej i co – nie mam najmniejszej chęci ani na książki, ani na mleko, raczej na wrotki, rolki, balet, biegi przełajowe, rowerohulajnogę, udział w festiwalu dziecięcym w koninie wraz z zespołem volt, tylko na miłość boską, chcę używać własnej nogi.
na domiar złego mandarina duck, zapach mojego życia, pierwszokomunijny, liściasty i narysowany przez saville’a strasznie szybko znika. masz ci los!

|||

1 komentarz

Bat For Lashes – Whats a Girl To Do



jednak cofam wszystkie dobre rzeczy, które zdarzyło mi się powiedzieć o mieście katowice, zgarniają co prawda wszelkie dobre koncerty, ale nie wiem, jak to się dzieje, bo brakuje klienteli na mądre patenty, zawsze dotąd starałam się przy okazji każdego wyjazdu zostawić jakis pieniądz w największej wypasiźnie w mieście tj w sklepie letarg, takim pomysłowym lumpiorze, gdzie takie ładne rzeczy jak sukienki a la heidi, buty czeszki, gacie diesla, fińskie kurtki, koszulki z wizerunkiem rybki welonki udostępniali za jakieś śmiechuwarte kwoty, a tu dziś okazuje się, że letargu nie ma, podobnie jak sklepu muzycznego w którym sprzedawano zakurzone niemieckie brava z 1985 i przypinki z festiwalu monsters of rock tego z ac/dc i z fajnych obiektów to już tylko szwajcar i tajna skarbnica winyli. co za ubóstwo, w ogóle zresztą wszystko bez sensu ostatnie dni spędzam na jak zwykle szwędaniu się mdleniu robieniu porządków przeglądaniu archiwaliów stylusa pitchforka i rwd, ponadto przeskoczyłam przez ogrodzenie gdzie napisano: przejścia przez podwórze nie ma i ukazałam się jakimś zdziwionym magdom m., taki ze mnie łobuziak, oraz wypożyczyłam furę książek właśnie wymiatają „samobójczynie” (z kilkuletnim opóźnieniem, to nazywa się >>mieć rułę<<), w kolejce kilka rzeczy ponurych albo i nie. chciałabym byc poważnie przeziębiona i czytać jedną za drugą, pić mleko.
straszna rzecz to domy, które budują się w sąsiedztwie, jeden megaloman sobie wywalił inicjał na, a jakże, metaloplastycznej-srastycznej kutej bramie. nowość to architektoniczny bobek typu willa z dynastii+dworek polski z łukami odporowymi!! – tego nie wymyśliłabym chyba i po najcięższych psychedelikach, szacunek.

uhu, nim dopadłam ten komputer, uratowałam uciekłego psa oraz ubawiłam własną mamę postacią pani nazwiskiem łupieżowiec (komentarz: „jaki ten świat niesprawiedliwy!”). złe symptomy i dobre – pierwszy raz od niezmiernie dawna mam błogie poczucie wakacji, ale nadmiar wrażeń niestety sprawia, że za duzo tego nie ogarniam z wpisywaniem na schludnego. z przyczyny open’era mogę słuchać już tylko dizzee rascala; nawiasem to nigdy nie spotkałam naraz aż tylu dawno-nie-widzianych-znajomych; od miesiąca trwa kumulacja nadmelanżu – a to rower, a to okulturowe weselisko (JA CZIEŁOWIEK MASZINA!!), a to wreszcie ewakuacja skład na open’erze, buty w błocie, oblicze w brokacie. och, wakacje, nie pamiętam tego since podstawówka. oddałam 10% mojej pracy magisterskiej, w której umieściłam słowa PIOTRUŚ KRÓLIK i być może to wyzwoliło we mnie takie PODSKÓRNE SZALEŃSTWO*; w każdym razie, robię duże pranie, albowiem czeka mię vojensky priestor i tamtejsze kamżiki.
ach, i zważcie tę dziunię, conie.

taki zielony jak w linkach przesladuje mnie, dla tego koloru byłabym skłonna z jakąś regularnością dbać o paznokcie.

*(C)rafał księżyk


  • RSS