schludny blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2008

ja rozumiem, że to jakieś żarty, że mój ulubiony zespół manic ‚dziady’ street preachers wystąpi w moim własnym mieście? jeśli okaże się, że to plota, to będzie wojna, straszna wojna.
tymczasem jestem u wód w pensjonacie uderz w puchara wśród moich najdroższych soulm8s i o to zaiste chodzi. find your zen in noiz.

diza_dj – jak pięknie zestawili się razem kirlian camera, erik satie i nas!!
prawdopodobnie nie najlepiej o mnie to swiadczy, ale chcę ten winyl. – ale dlaczego niby nie najlepiej? będę się upierać, że christiane felscherinow popełniła najlepszy singiel lat 80. w postaci ‚wunderbar’, gdzie rewelacyjnie beznamiętnie (lata opiatów) deklamuje na podkładach ze spiętrzonych perkusji, jakby berlin skrzyżował w sobie manchester (a certain ratio) i nyc (liquid liquid) i spreparował fuzję obezwładniającego transu. słuchać, jest na kompilacji berlin 80.
to niewykonalne, ale bardzo chcę. nawet pomino tego, że to inne wydawnictwo. jeszcze ten napis: supermaxisingle. ach, ndw. jeszcze go znajdę pod halą targową, obok kompilacji sopot ’78 i 7” gaygi i proroka.

[skończyły się właśnie uroczyste trzydniowe obchody urodzin fruszy; raz jeszcze, wiadomo czego. po drodze gigawaty światła międzyludzkiego. dżihad trwa. ja tymczasem ruszam w świat.]

multikjervatasking. dzień wczorajszy był straszny, pełen omdleń, ale zakończył się ubawem, oto jadę z własnym tatą późną porą, mysłowice, ej patrz fabryka mebli, urwali jej dwa piętra, dyskretnie nabijamy się z farmaceutów, rozmawiamy o papierosach, i najważniejsza, najwspanialsza konkluzja, żółwik, piona: poza własnym polem do dżihadu dość ograniczonym i wyselekcjonowanym, gdzie zdzierasz się do ścięgien, należy osiągnąć tak wysoki poziom zwisu i najszlachetniejszej obojętności, jak udało się to doktorowi dre. i jego córce diz halcjon. wczoraj również odkryłam piosenkę żeni otradnai, ‚uhadi a dwier zawroj’, oraz nowe chrupiące winyle.
zabawne, jak podobna rozmowa do wspomnianej wywinęła się z moim drogim kolegą rurokurą, to było bardzo cenne. oraz wielki, wszechogarniający konekt z fean, dzieje się nam bez przerwy to samo bez przewry naprawdę to dowodzi jakichś  migotliwych nitek podskórnej logiki tego świata.
osobiście jestem akurat w trakcie wygramolania się z leju po bombie, ale niejeden przyszył sobie kończynę, gdy ta mu zwisała na krwawym ochłapie, niejeden zgiał sobie zwój mózgowy tak jak trzeba, gdy próbowała zabić go neurochemia.

co za sen pełen ważnych postaci, fean w balowej sukni, claudjieh wcina maliny, adaś papież psychonautyki świeci, malicia w chromowanym* kostiumie; wszyscy moi święci w masowym objawieniu. po przebudzeniu kot jest niewiarygodnie grzeczny, musiałam go nie drażnić żadną konwulsją, a rozpraszanie się światła w moim domu w ten sposób ostatni raz widziałam, gdy była tu claudia. those were the days. trochę mnie napromieniowało. mam objawienie w mikroskali. wujcio zawsze pełen dobrych rad z rękawa sprzedał mi cytat z lowry’ego: „w pewnych okolicznościach lepiej się rzucić niż runąć”. mode on.
ponadto tak, tak, tak dla pracy przy tv, mam od wczoraj satelitę, co zresztą nie obyło się bez pewnych przygód, i od teraz właśnie będę zapodawać comedy central, kino polska, telepyski, kalwi i remi że aż strach, telewizja indonezja, telewizja azerbejdżan. nigdy nie będę wrogiem tv. wyjmuje z czaszki niepotrzebne echa. wczoraj popełniłam dwa rysunki!

*chromatics, halo

pensjonarskość pensjonarskością, ale w tym czasie i w tym miejscu wzór wzorów to jednak elena fossi! gdyby tylko nie ta okropna róża-sróża. w każdym razie jak mówił dj dvd – i guess i always wanted to be a superhero

a w ogóle – jakie ładne – rihanna iluminatka!    choć w tej czuprynie to taka whitney houston odrobinę i okolice filmu ‚waiting to exhale’. idziemy łeb w łeb z rihanną włosy zapuszczawszy, wszyscy kibicują

i co się okazuje, jestem superheroiną z niezniszczalnych substratów, kuloodporną królewną, świecę. HALKAJON!
[dzięx.]

no, ludziom w głowach się przewraca no raczej wszystkim naraz na mojej ścianie zawisł plakat control wielki jak sama ściana. miejska partyzantka polega na tym, że się wykręca śruby, wyciąga plakat ze środka, wkręca śruby z powrotem, kto robi inaczej jest lamusem, największe dankeszejn, to jest prezent życia, nikt nie ma takiego, sułtan brunei, edyta herbuś, jose manuel barroso
żebym tylko przeżyła wszyscy powinni wysyłać w tej intencji smsy za 1,22 na mój nowy turbopancerz.
[ts. noite cheia de estrelas, hit który powinien zapowiedzieć zbigniew wodecki oraz inne piosenki dla starych dziadów, ale piękne i ścierające do szpiku jak urządzeniem do produkcji wiórów. kiedyś być może napiszę o głosie, który trafia we wszystkie właściwe przyciski, był tylko jeden taki głos, ten od tekstów od spławiania rzeką trumien]

 uwaga, wożę się! moje kolejne usilne pretensje do znawstwa są pod
http://www.creativeurope.com/halciion

w większości rzeczy, które wrzucilam juz na devianta, ale tam panuje bałaganik, a ta strona ma świadczyć o mnie dobrze, być może coś z tego się narodzi, w końcu sezon dzieciowy.

nie, jest nie najlepiej, jest dużo gorzej; dzien dzisiejszy miał być czymś w rodzaju pierwszego dnia skróconych wakacji, skoro popełniłam kolejne naręcze rysunków i zdań. była siostra po jakieś tam sprawunki, mówi, że wyglądam jak z dupy wyjęta, nie do końca się zgadzam, ale na wszelki wypadek wzięłam od niej dragi pt. sensilab, które podobno zawierają najlepsze witaminy i mikroelementy w powiecie i jej bardzo służą, to dziecko się odżywia jedynie suplementami, więc uwierzyłam jej na słowo, ale oczywiście muszę powybrzydzać, są do luftu. kicia beszta korespondencyjnie: to nie spidy, spać tez trzeba. ale ja właśnie zaaplikowałam sobie sen, właściwie całkiem udany, a to nowe zjawisko, bo ostatnio wiadomo, staro baba się skarży, ale jakby ktoś przez dwa tygodnie we śnie puszczał mi na loopie ‚pre-millennium tension’ trickiego. nie wiedziałam,  że snem można się do tego stopnia zmęczyć.
obłąkało mojego kota, zachowuje się bardziej niepoprawnie niż kociny clanah, to są krajobrazy zniszczenia, nuklearny pył, ale nie gniewam sie na niego, bo dostał imię po człeku odpowiedzialnym za najlepsze zdania literatury polskiej: „cóż za błogość walczyć o to, co mam trochę w nosie, ale co mi najbardziej imponuje”, „koncesja na bezczelną niewinność”, „spędziłem dziś życie w tramwajach”, „jak zapisać mikrobiologię dnia”. zabawne, dlaczego właśnie w tym czasie i w tym miejscu musiałam pomyśleć o tej, a nie innej książce. [fns powiedziała by jak dziś: dizdizdiz! no właśnie. pamiętasz, że zawsze tak było, zawsze jednak linia równoległa do wszystkiego i każdego, tak być musi, tak funkcjonuję, tego potrzebuję, zawsze toczę swoje własne katamari.]

berlin zdobyty a ja widziałam już wcześniej, wojtek freszkid dzięki – news za jeden stary numer ‚vice’
tak korzystając z okazji właśnie ujawniam swoją sympatię dla grupy amduscia, która jest naprawdę strasznie, strasznie zła. wychowani na najpodlejszych nojzach plwają kwasem solnym, zakładają na twarz jakieś maszynki do mięsa, noszą włosy z drenów, pamiętam, że w sklepie cyberdog kiedyś sprzedawczyni krowa odniosła się do mnie niemile, słuchanie rzeczy typu amduscia trochę przypomina i o tym. dowiedziałam się za to rzeczy ciekawszej, tzn jest zespół psyclon nine, w którym grają razem praktykujący żyd i neofaszysta, dla nich zdaje się tvp2 będzie powtarzać musical ‚hair’. age of bavaria.

  • RSS