schludny blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2008

śniło mi się, że dostałam od mojego kuzyna nagraną najlepszą piosenkę wszechczasów i faktycznie była lepsza niż wszystko, nagrał ją young jeezy.

..to historia o mamutku. that’s the story of my life, zaśpiewał morrissey – w ikea!

nigdy nie byłam wyznawca torrentów, ale walka trwa także na innych frontach, wszędzie gdzie jesteś – trzeba przedsiębrać coś w internecie. ściągam więc sobie pasolinich i tu przypomina mi się, że warto spotkać się z wojtkiem „mandzia” s., który gdzieś mi się zapodział. [w deszczu pod parasolką spotkałam magdę w aksamitach, a to zawsze dobry znak.] dziś z siostrą kupujemy na stacji benzynowej magazyny dla czynnych sportowców, rozmawiamy o socjalizacji, że trzeba, wstrząsające relacje z przebywania wiele godzin samemu itp. na wyścigi; chciałabym ją zabrać na neubauten. obie cierpimy na syndrom psa yorka – zużywamy nasza energię życiową błyskawicznie, wybuchowo i na cały regulator, po czym długo musimy wracać do życia. prawdopodobnie wykonanie czegokolwiek zajmuje nam więcej niż innym ludziom, bo wkładamy w to cała parę, na jaką nas stać. z tym, że kicia o wiele gorzej. ja ostatnio zyskałam sobie ksywę lara croft, z wielu przyczyn.
och, a skoro neubauten, to i current – pilny wyjazd nie pozwala mi zjawić się we wrocławiu, ale kto wie, czy nie dogonię tibeta na trasie. trochę sie boję jego zmarszczonego oblicza, on przypomina nauczyciela na przykład geografii, który nie ma już perspektyw i wciąż obnasza tę samą marynarkę i twarz pełną trosk.

może sobie okleję soczewki brokatem i będę widzieć cały świat w brokacie właśnie?

dialog roku mam: – ten płaszcz jest ze skóry? – nie, z pcv. – z pck?

potrzebuję konsekwentnej harmonii między nutami, bez zakłóceń i zgłuszeń, wiem, że można w kółko słuchać bacha, ale ja mam tutaj na to zbyt lewe głośniki i utnie pół jana sebastiana. tak nie wolno.
niebawem mój dom stanie się generatorem mikro-dron-ambientu, lecz to dopiero wkrótce. teraz potrzebuję jakiejś niebiańskiej harmonii instant.

śniły mi się nudne plotki z internetu, tak nudne, że towarzyszy mi uczucie niesmaku aż do teraz i wszystko wionie benzyną, nowa prada wionie benzyną. zainspirowana fean postanowiłam zadbać o swoj wdzięk może już nie tyle pensjonarki, co guwernantki ( w tym wieku za późno na fidrygałki!), uczesałam się należycie, wyprostowałam postawę. chcę być całą dobę nienaganna, jak hello kitty for helena rubinstein.

wczoraj spodziewałam się poważnego ciosu w mózg przy okazji zapoznania z dokumentem o anneliese michel - dziwi mnie nieco marginalność tego przypadku w internecie, wszyscy antropolodzy i religioznawcy mogliby zdemontować to i poprzestawiać jak origami i kostkę rubika na sposobów tysiąc, a tymczasem oddali pole nowej prawicy i stronom typu galeria osobliwości; smutne, ale tak kończą gapy. sam film urąga standardom wykonania i jest okropnie nieprofesjonalny, moja siostra kicia poszła spać (podobnie jak teraz, wygląda jak rycina: mała pastereczka strzeżona przez zwierzątka), ja nieco później z poczuciem srogiego zawodu, nie dowiedziałam się niczego. znacznie lepiej temat chwyta david b w l’ascension du haut mal ,gdzie osmiela się zajrzeć do głowy swojemu bratu i wyciągnąć stamtąd upiorne, transogenne kreatury. czytanie beaucharda jest ciągłym mierzeniem się z męczącym nadmiarem, rozłupującą czaszkę i miotającą ciało siłą, wejściem na grząską granicę choroby i religii – komu nie brak odwagi, powinien zabrać się za to, ja wróciłam zmełta. biedna anneliese domaga się takiego gruntownego wglądu w sprawę, a nie efektownego i co z tego horroru, amatorskiego dokumentu i strony u nowych prawicowców.

beksalala, męczę sie deko, albo raczej nie mogę nic przeciwdziałać, oj, jaka ciężka jest moja głowa, za dużo w niej się dzieje. nadpsuwam się: moje włosy z blond eskimosa przybrały strukturę blond smutnego dmuchawca, gdy je rozplątać, tak osłabły, jako ja, biedny królik.
przyjechała fean z feanlandii taka śliczna, zielona limonkowa, z transportem salmiaku, z sercem zamiast głowy, i jej wyrywali zęby, i mi też, i w ogóle wszyscy są tacy rozcieńczeni, zmęczeni, podkrążeni, bezustannie potykają się o wyboje, powłóczą kończynami, a mnie się śni bomba atomowa obserwowana od środka.

niczego tak nie żałuję, jak tego, że chwilowo bardzo nie mam pieniędzy, bo właśnie strasznie, strasznie chciałabym iśc do filharmonii.

międzynarodowe transkrypcje czynią internet trudnym, np sposób, w jaki zapisuje się nazwy rosyjskie to jak dla mnie ciąg dalszy zimnej wojny,zwłaszcza takie zbitki liter jak „zh”, bo toptyzhka albo cheburashka – to nie wygląda jak imię dla kolegi. ja w kadym razie zapałałam do filmu pt. toptyszka (reż. fiodor chitruk, 1964), to jeden z tytułów, które wciskają odruchowo kanaliki łzowe, kiwaczek nalezy do tej samej kategorii zresztą (podobnie jak tajemnicza bajka o kotku i radiu albo powiastka o bańkach mydlanych zofii pfauówny). voila:

dośc dawno zwątpiłam w rózne takie nowe zespoły gitarowe, chcąc dać im chwilę czasu, ażeby się uciszyli i żaden mnie jakoś tam nie obchodził, ale tak wyszło, że mam akurat płytę grupy foals, w której spodobał mi się szczególny minimalizm i niechęć do podszywania się pod gotowe już postacie-archetypy (słyszałam, że ostatnio ktoś chce się wcielać w shauna rydera, kto jest taki odważny?), jest za to zajadłość godna the fall, czasem ostro gothpunkowa maniera brzmieniowa – w sensie surowizny batcave i na przykład gitara pod the cure brzmiąca jakby była naklejonym samplem. rzecz, która wyrasta poza gatunek, w którym miała nieszczęście się narodzić, ale są przypadki przekraczania granic swego przeznaczenia i oby to byli oni, zwłaszcza, że dziś jeszcze zamiótł mnie do szczętu teledysk, w którym chłopcy robią konstrukcję ze stokrotek i podrobów, wszystko wygląda jak nazi-ołtarz, a wokalista do tego sprawia wrażenie, jakoby był groupie douglasa p z death in june!!! do licha, kocham foals.
o, tu też nei tracą rezonu, wyjmuję fajne nawiązania z myspace:
Alan Lomax //(etno sretno), // destruction(wiadomo), Gummo //(g.sus, wreszcie!) //, rune grammofon //(brum anno 1997)clean guitars that sound like transparent sunshine //(tylko dvd napisałby to lepiej) //, // pot //(dobrze, że nie po polsku) //Terry Riley //(mięknę?)// arrogant beats (już mię nie ma)//, squid // // self hatred // // // stuff, like in general //  / Devo // post-9/11 ennui // // misanthropy // bullshit (unholy black metal war!!!)
padam na wszystko, absolutnie, ostatni raz taka fascynacja idolem to był chyba dizzee rascal, czyli już jakiś czas temu. łu.


  • RSS