Dziś miła pani z Rosji przekonywała mnie, że fajans z nadrukiem to ręcznie malowana porcelana, co mnie trochę ubawiło – w duchu pomyślałam: a w dóppie!, ale utargowałam, nabyłam. Pani na innym stoisku żaliła się, że sprzedaje same gówna po 15 złotych, bluzgi ciekły jej po brodzie, pierścienie jak u gangsta biskupa, mogłam nagrać, ale niestety. Tak właśnie wyglądało moje wyjście do miasta, do ludzi po tygodniu ciepłych betów; nadal nie jestem bardzo zdrowa, kicham na głos, w taniej odzieży starszy pan mówi na zdrowie, potem chce się umówić na jakieś pogaduszki (pierwsza myśl: biedny, smutny jak Eleanor Rigby, druga myśl: zagapię się i zwinie mi torebkę). Odmawiam, mówię: mam obowiązki zawodowe i rodzinne – co jest zgodne z prawdą, bo po pierwsze copywriter nie zwykł spać, tylko wszędzie węszyć coś ciekawego, a po drugie, mamy nowego członka rodziny, naburmuszoną gremlinkę o imieniu Zelda. Ta szara kulka puchu sprawia wrażenie kota sklejonego z sierści pozostawionej przez Polda, przy czym ma ciekawą, brytyjskawą mordkę i nie umie miauczeć. życie z dwojgiem kotów nie zmienia się bardzo w stosunku do życia z kotem, trzeba kupować dwa razy więcej karmy, sprzątać o jedną kuwetkę więcej i tulić na zmianę tak, żeby żaden się nie obraził, szlus.

Korzystając z okazji zapraszam na próżny serwis z przyodziewkiem: http://kittenmittens.tumblr.com