potwornie boli mnie wewnątrz prawego oka, które zostało przyozdobione śrubami, gwoźdźmi i papierem ściernym, po czym włożone do oczodołu, z czego wynika, że nie ma mowy o skupieniu, zrobieniu czegokolwiek należycie, bo na to nakłada się gorączka, węzły chłonne wielkości piłeczek kauczukowych i podobnej twardości, powoli zaczynam żegać się ze światem – dziś jest na to dobry dzień. to, co znajduje się w oku, trafia w jakiś czuły punkt tyłoczaszki. nie mogę odłożyć rzeczy do czytania, bo jeśli to zrobię, pojawi mi się w głowie gnijąca plama, rozlewająca się właśnie z tego miejsca tyłoczaszki, więc muszę zajmować sobie głowę gęsto zadrukowaną treścią, żeby nie pojawiły się zmory. a nadmieniam, że jestem sama w domu, więc cisza na przykład jest pierdyliard, ale to pierdyliard razy straszniejsza, koty jeśli nie śpią, szurają czymś, a to mnie niepokoi, zatem robię co, otóż tulę się do odkurzacza i marzę o autoharfie (cytrze?). oto dręczą mnie majaki człowieka przebywającego w zamknięciu i nękanego chorobą. nie przychodzi mi do głowy żaden film nadający się do obejrzenia. będę zatem słuchać muzyki, której jeszcze nie znam, na przykład the wreckery, czyli zespół hugo race’a (och, czemu nie słyszałam go na żywo) i inne garażowe zespoły z australii, które kojarzy zapewne tylko tomasz zrąbkowski (respekt), wiem to z ś.p. zine’a. czekam na rady, jak wyciągnąć sobie z czaszki te piekielne hufnale. zdam relację z odsłuchu the wreckery i czy warto.