schludny blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2011

Zawsze się cieszę, kiedy udaje mi się nie przegapić premiery ważnej płyty, ostatnio bardzo się ekscytuję, bo już za moment wychodzi nowy album Marianne Faithfull, z okładką, w którą do tej pory nie jestem w stanie uwierzyć – niebywała! – i z bardzo wdzięczną, choć  zrezygnowaną piosenką pilotażową. Mam nieuleczalną skłonność do zapalania się do coraz to nowych idoli, a ostatnimi czasy jest nam bardzo po drodze z Marianne. Wśród rzeczy, które mam teraz w odtwarzaczu, jest też ta nieludzka partia syntezatora w Lucy Jordan, piosence, którą należy słuchać do pary z Frankie Teardrop, jako depresyjny rewers dla psychozy; najokropniejsze w niej jest wcale nie to, że znam taką Lucy Jordan i choć wierzcie, że to los nie do pozazdroszczenia, to jeszcze gorzej jest pomyśleć, że nawet jeśli zdarzyło ci się jechać samochodem sportowym przez Paryż i mieć we włosach wiatr, to co z tego, i tak możesz mieć kiedyś tak samo, albo gorzej. Nakręcił Derek Jarman – bójsieboga.

A tu chłopaki przebierają się za Marianne, z dobrym efektem, pan model wygląda trochę jak nieprawdziwy, jak winylowa figurka kolekcjonerska, bardziej eteryczny, uczesany i staranniej skomponowany niż ziejący dekadencją oryginał. Rokendrol uprawiany przez redaktorów tej strony jest o wiele grzeczniejszy, ale też gdy wszystko robi się na niby, przynajmniej nikomu nie dzieje się krzywda.

Jestem typem człowieka, który przez pół roku zbiera naklejki z pieskami w programie lojalnościowym sieci Żabka tylko po to, żeby w końcu nie odebrać pieska, rezygnowanie, rozmyślanie się, dawanie nogi to coś, w czym jestem naprawdę niezła, szczególnie wtedy, gdy uprzednio włożę w jakieś przedsięwzięcie niemało wysiłku, starań i funduszy. „The destructive character knows only one watchword: make room. And only one activity: clearing away” (Walter Benjamin).
W ostatnich miesiącach zmodyfikowałam wyjątkowo wiele scenariuszy. Zawodowych, z czego jestem bardzo zadowolona, ten i ów postukałby się w czoło, a ja na to – a figę. Mieszkaniowych, tu trochę szkoda, bo geniusz strategii, wytrawny generał, który zupełnie nieoczekiwanie objawił się pod postacią mojej osoby, spisał się znakomicie; wysiłki nie zmarnowały się, a wręcz przeciwnie, po drodze napotkało mnie sporo wartości dodanej i pakiety gratisowej dobrej karmy. Jednak teraz będzie inny termin i powód też inny. Inne dziewczęta i inne planety. Myślałam nawet dzisiaj o niedużym bagażu z ważnymi i przydatnymi rzeczami. Najważniejsze rzeczy mam, koniec końców, w komputerze. Tylko pudełko na soczewki trzeba wziąć.

Hej. To był strasznie ciekawy rok, pełen perypetii: mieszkałam w Berlinie, zostałam wziętym przedsiębiorcą, wykonałam liczne zlecenia dla rozmaitych chlebodawców, pośród nich również bardzo egzotyczne. Przeczytałam metry książek, zasiadłam za perkusją, zagrałam na Wrocław Industrial Festival. Widziałam na żywo Grindermana i Neubauten, tych ostatnich trzykrotnie. Organizowałam całą polską wyprawę Solimana Lawrence’a, w tym fotografowanie w odlewni i zakładzie karnym. Byłam na zajęciach z twórczego pisania i na Frieze Art Fair. Zrobiłam przynajmniej jeden dobry uczynek. Przeprowadziłam wywiady z Andrzejem Urbanowiczem, Lisą Alisą i Blixą Bargeldem. W okolicach ostatniego Nowego Roku nagrywałam dziwne kompozycje na syntezator, theremin itp.
Nadal nie napisałam żadnej książki, choć oczywiście miałam już kilka szkieletów, po czym uświadamiałam sobie, że przecież nie kumam fabuł i że osoba, która zawsze zasypia w kinie, nie może pisać powieści i musi napisać książkę niefabularną. W swoim czasie, tymczasem robię to, co od dwunastego roku życia (nie ma żartów, chciałam dostać pióro Parker, ale okazało się, że ów magazyn już nie daje prezentów, nie mniej poszłam do druku), piszę teksty o nieco mniejszej objętości i takie tam sprawy.


  • RSS