Zawsze się cieszę, kiedy udaje mi się nie przegapić premiery ważnej płyty, ostatnio bardzo się ekscytuję, bo już za moment wychodzi nowy album Marianne Faithfull, z okładką, w którą do tej pory nie jestem w stanie uwierzyć – niebywała! – i z bardzo wdzięczną, choć  zrezygnowaną piosenką pilotażową. Mam nieuleczalną skłonność do zapalania się do coraz to nowych idoli, a ostatnimi czasy jest nam bardzo po drodze z Marianne. Wśród rzeczy, które mam teraz w odtwarzaczu, jest też ta nieludzka partia syntezatora w Lucy Jordan, piosence, którą należy słuchać do pary z Frankie Teardrop, jako depresyjny rewers dla psychozy; najokropniejsze w niej jest wcale nie to, że znam taką Lucy Jordan i choć wierzcie, że to los nie do pozazdroszczenia, to jeszcze gorzej jest pomyśleć, że nawet jeśli zdarzyło ci się jechać samochodem sportowym przez Paryż i mieć we włosach wiatr, to co z tego, i tak możesz mieć kiedyś tak samo, albo gorzej. Nakręcił Derek Jarman – bójsieboga.

A tu chłopaki przebierają się za Marianne, z dobrym efektem, pan model wygląda trochę jak nieprawdziwy, jak winylowa figurka kolekcjonerska, bardziej eteryczny, uczesany i staranniej skomponowany niż ziejący dekadencją oryginał. Rokendrol uprawiany przez redaktorów tej strony jest o wiele grzeczniejszy, ale też gdy wszystko robi się na niby, przynajmniej nikomu nie dzieje się krzywda.